Naiwność eternalizmu
PUBLIKACJA ORYGINALNA W KURYERZE IMPERTYNENCKIM

W Rozmyślaniach Marek Aureliusz wielokrotnie pisze o poświęceniu się czynom społecznym; o byciu społecznie użytecznym jako o jednej z najważniejszych cnót, jaką stoik może w sobie wykształcić, bowiem człowiek, jako istota rozumna, został powołany do tego, by służyć bliźnim. Jest to doskonały przykład naiwnej wiary w ideę wieczności Rzymu – jego społeczeństwa, cywilizacyjnego centrum rozległego imperium. Urbs aeterna! – w tych słowach zawiera się cała rzymska pycha, a przecież żadne królestwo nie ostało się przed ruiną i zapomnieniem. Po samym mieście Cezara, Augusta i w końcu cesarza-filozofa pozostały tylko zarastające ruiny świątyń i pożółkłe papirusy, fascynujące archeologów i filologów. Kto policzy imperia, które czas już dawno temu pogrzebał pod piaskami pustyń? Kto, oprócz specjalizujących się w tej dziedzinie naukowców zawodowo wywołujących duchy upadłych społeczeństw, pamięta o Hetytach, Asyryjczykach, Babilończykach, Kuszytach? Czy Marek Aureliusz zrewidowałby swoje poglądy o znaczeniu pracy pro publico bono, gdyby mógł zobaczyć kolaps tej rzymskiej, jaśniejącej od wieków gwiazdy?

Wiara w eternalizmu idei państwa i społeczeństwa odbija się również w naszej mikronacyjnej rzeczywistości. Regnum Aeternum – określnie Dreamlandu, które pierwszy raz Gaston de Senancour użył 1 sierpnia 2016 roku z okazji Święta Królestwa. Rok później określenie pojawiło się w ogłoszeniu Kancelarii Królewskiej z okazji koronacji JKM Karoliny Aleksandry (daw. Karolina von Lichtenstein). Co jest przyczyną tej naiwności? Dlaczego tak trudno przychodzi nam pogodzić się ze strasznym chłodem grobowca?

„Każdy, kto oddając się jakiejś twórczości, wierzy — choć nieświadomie — że jego dzieło przetrwa lata, stulecia, sam czas... Gdyby pracując nad nim, czuł, że jest ono zniszczalne, poniechałby go, nie byłby w stanie go ukończyć. Twórczość i łudzenie się to pojęcia ściśle powiązane.”* Te słowa Emila Ciorana z O niedogodności narodzin wydają się tłumaczyć, dlaczego tak naiwnie wierzymy w wieczność społeczeństwa, które współkreujemy. Szczególnie w mikronacjach mamy do czynienia z nieustanną współkreacją, bowiem każdy post, ćwirek, wiadomość na IRCu lub Discordzie, artykuł etc. są (hiper)tekstem, budującym naszą rzeczywistość – elementem ogromnej sieci rozciągającej się w wymiarze horyzontalnym (obejmującym tu i teraz) i wertykalnym (obejmującym przeszłość). Niemniej wieczność implikuje niezmienność, bezczasowość, bowiem to, co zostało zmienione, nie jest już tym, czym było poprzednio, a każde społeczeństwo jest progresywne – ewoluuje przez pokolenia. Synowie obalają pomniki ojców, by na pustych cokołach ustawić nowych idoli.

Podobnie jest i w mikronacjach. Wiadomo, że trudno jest tutaj mówić o pokoleniach ojców i synów, choć można wyznaczyć pewne granice między starszymi, a młodszymi mikronautami. Ile takich „pokoleń” funkcjonuje w Sarmacji? Trudno mi to powiedzieć. Wydaje mi się jednak, że te różnice nie są takie istotne dla samej idei mikronacji (może oprócz poziomu poprawności językowej). Najważniejsze jest to, że każda zmiana w systemie prawnym, gospodarczym, społecznym zabija to, co było dawniej. Zmiany te mają inny powód niż bunt wobec starych, bowiem często już zdarzało się, że zatwardziali monarchiści przeobrażali się w republikanów i odwrotnie. Są one podyktowane pragmatyzmem lub koniecznością.

Sarmacja umarła już wielokrotnie. Sentymentalni głupcy odwiedzający Księstwo tęsknić będą jeszcze długo za dawnym porządkiem, jednocześnie będą się dziwić tym młodszym, z którymi nie mają wspólnych wspomnień. Jednak, jeśli ktoś sądzi, że daję nadzieję na wieczność samej idei Księstwa, ten się bardzo myli. Kiedyś ktoś w końcu zgasi światło. Będzie dobrze, jeśli ten Jeździec Apokalipsy uchroni naszą twórczość przed unicestwieniem, grzebiąc ją w archiwum, choć i co do tego nie miejmy złudzeń. Pożółkłe pergaminy rozlatują się z czasem w proch, a czas zaciera imiona zmarłych na nagrobkach. Na razie – wszyscy, którzy cokolwiek jeszcze robią w mikronacjach, bawią się w katechonów. Zresztą, każdy mikronauta jest katechonem od prapoczątków mikronacji, bowiem każde istnienie to nic innego, jak powolna agonia aż do ostatniego, przedśmiertnego paroksyzmu.


*Emil Cioran (2008): O niedogodności narodzin, przeł. Ireneusz Kania, Aletheia, Warszawa, s. 99-100.