Pochodzenie Rodu von Thorn
Legendy rodzinne dawno zaginęły w mrokach dziejów i licznych zawieruch sarmacką ziemię szarpiących. Ród nasz stary, niegdyś jak silny dąb, dziś bardziej zabiedzoną jabłonkę przypomina. A mimo to, rodu senior, legendę rodową w pamięci skrywa i od czasu do czasu wnukom przy zniszczonym kominku baja…

Było onegdaj tak, że ród niewielki okolice Feru zamieszkiwał. Nie znanym był, nie znaczącym. Ród, jakich wiele. Ot ubodzy mieszczanie z przedmieść wielkiego miasta. Kolejne pokolenia panom ferskim służyły, najlepszych synów swych w terminarz do panów rycerzy posyłając, córy za bogatych mieszczan wydając, i trwając. Nic się nie zmieniało. Nic nie rozwijało. Chałupina podupadała, synowie a córy zapominali o siole jak tylko je opuścili. Aż jednego roka na padół ten przyszedł czwarty syn Mikołaja, nazwany od miesiąca powicia Januarym. Przyszedł obojętnie, nikt się ani nie zachwycił, ani nie zdziwił, nikt nie pomógł nie do księdza zaniósł. Ot nie było i nagle jest. Rok dokładny narodzin Januarego nie jest znany, takoż i jego pierwsze na świecie tym świecie postawione. Do szkół nie chodził, za pachołka robił, za pannami się uganiał. Jak każdy z Thorna dzieciak. Thornem nazywane było podferskie sioło od dawien dawna, nikt nie wiedział i nie pamiętał skąd nazwa się wzięła.

Kiedy wystarczająco podrósł Mikołaj posłał syna swego na termin u pana chrobrego i bitnego, który znów na wojenne wojaże ruszał, ze morvańskimi synami ponoć. January na oklapłym wałachu w ślad za nowym panem ruszył. Naumieć nie naumiał się za wiele. Tu otrok dać, tam kopyto wyczyścić, podkowę zamocować, strawę uważyć, zbroję oczyścić, zdjąć i założyć, miecz ostrzyć. Pan, jako się rzekło chrobry był i któregoś wieczora zaczął Januaremu lekcje liter dawać. Szło jak szło. Po grudzie. Ale z każdym postojem młodzik umiał więcej. Nawet w dysputy z dobrodziejem swoim się wdawać zaczął i naiwnością straszną rażąc o świecie rozprawiał. A co on tego świata umny był? Nic a nic. Jeno to co od ziomków swoich na podwórcu przed chatami podłapał, co uganiając się za kiecą spostrzegł. Toteż rycerz dobry śmiał się do rozpuku naiwności różne słysząc, a bawiąc się przy tym doskonale postanowił giermka głupola poduczyć życia i świata nieco. Księgę mu dał z temi słowy: „Masz i czytaj niecnoto, ano bacz jeno na to byś zrozumiał co napisane, jak słowa jakiego nie pomnyś zapytaj…”. I tak January w świat nieznany sobie trafił. Księga owa, jako legenda rodowa niesie, wciąż w rodowej biblioteczce ponoć się znajduje. January czytał i czytał. Litery i słowa pochłaniał jakby to owsianka na śniadanie była. Rozumować zaczynał inaczej, rozmowy z panem swym tocząc do późna języka szlifował i umny się stawał ponad innych giermków. Aż przyszła bitwa.

Bitwa okropna była, rycerstwo niczym kwiaty polne pod wiatrem padało, konie z kwikiem okropnym życie dawały, ziemia piła… Rycerz dobry, pan Januarego życie swoje na niebezpieczeństwo wystawił pognawszy w najgorszy wir, gdzie od żelastwa aż gęsto było. Młodzik sam pozostał i rozglądać się zaczął, jako, że bitwy losy nie pomyśli się układały. Beczki zauważył, do których zakaz zbliżania z ogniem był, a srogą karę obiecano za zakazu tego złamanie. January za wozem się rozejrzał, znalazłwszy ten jął beczki na niego ładować a wałacha swego dołączać. I ruszył za wzgórze. Okrążywszy je skierował się ku skraju pola, z którego wrogi biły i ogniem piekielnym raziły. Podjechał niezauważony w zgiełku bitewnym, za giermka na rozkaz z dostawą prochu jadącego wzięty. Ustawiwszy wóz podług linii artylerii wrażej wałacha odtroczył i za uzdę wziął. Powiódł w tył. Chwycił January stojącą opodal żagiew i rzucił wprost na ustawiony wóz. Wskoczywszy na wiernego konia pognał w drogę powrotną. Ryk okropny niczym piekieł zew rozdarł niebo. Ogień piekielny podmuchem niesiony pochłaniał wokół wozu wszystko i wszystkich. Rycerze na ziemie popadali, głowy w rękach kryjąc, Kyrie Elejson wołając ku niebiosom. Zapadła cisza. Kompletna cisza. Pierwszy na równe nogi stanął dobrodziej Januarego naszego. Widząc co się wydarzyło i że z wrogiej artyleryji nic nie pozostało, zakrzyk bojowy uskutecznił i towarzyszy do szturmu porwał na Morwieńców. Dzień był ich.

Gdy tygodnie trzy później January przed panem Feru stanął, z poręczenia dobrodzieja swego, za czyny swoje pas rycerski i miecz otrzymując, płakał do serca tuląc księgę, którą w podarku na obozowym postoju od pana swego niegdysiejszego dostał. Książę Feru, Scholandzką rodzinną proweniencją się legitymując, nadając mu rycerską godność rzekł „January von Thorn od dziś dzień po wsze czasy z dumą nazwisko swe noś, a ród niechaj znany będzie jako godny i honorowy, za służbę twą wierną, za zwycięstwo morvańskie, pamiętany bądź i dzieci twoje”.