Zagi Rarogonii (Úrenn Zagas ik úrs Rarogonies)
Seria wydawnicza: Rarogonia

YI1hG41R.png
5fe52c7b44f9.gif

Zagi Rarogonii to zbiór opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie kolejnym Rarogończykom. Region ten z uwagi na wielowiekowe odizolowanie od reszty teutońskich wysp nie posiada dobrze opracowanej historii, która zachowała się jedynie w ludowym folklorze i nielicznych pismach zredagowanych jeszcze przed nastaniem Cesarstwa. Samo określenie „zaga” zostało zaczerpnięte z języka teutońskiego, w którym zagi” oznacza „powiedzieć”. Z racji, że opowieści te rozpowszechniane były przez gawędziarzy, mieszkańcy Rarogonii określili te przekazy takim, a nie innym mianem. Poniżej znajdziecie jedną z najbardziej popularnych zag, która opowiada o losach pierwszego władcy tej krainy. Spisana została przez anonimowego kronikarza.


R
ozpaczy był to czas, gdy w wiekach ciemnych i zamglonych kiedy czarna jak mroki śródziemia pierzyna pokrywała nieba, pola, bory i karki górskich wzniesień, na dalekiej północy żył lud przeklęty. Lud ten niewielką wyspę zamieszkiwał, która jedynym świata wzniesieniem była. Zewsząd czarną wodą oblewana, która wiecznie się burzyła niczym zwierz roztargniony, nikogo poza swe łono nie wypuszczając. I Bestia. I Bestia odwieczna, która między górami legowisko swe miała władała tą krainą tak strudzoną i surową. Lud, który u nóg bestii swe życie prządł targany był przeróżnymi dziwami, które żniwo straszliwe zbierały. Gdy Bestia drażliwą bywała tedy szare obłoki nieba barwę czerni i czerwieni przybierały i ogień ze skalnym żarem krainę pochłaniał. Gdy Bestia spokojną była tedy lud nieszczęsny głodem przymierał, bo wszystko co się urodzajem zwało bestia swoją paszczą nakrywała jedynie niezjadliwe resztki zostawiając. I żył tak lud na Bestii łasce, która w skalnych ostępach mieszkała. Na próżno wodę przemierzali, gdyż wyspa nigdy żadnemu odejść nie pozwoliła. Nawet kiedy już śmierć śmiałków w ręce zabrała, czarna woda na ponów ich cielska skostniałe ku brzegom piaszczystym odprowadzała niczym matka swe dziecię. Na nic zdały się także domy z drewna i stali ku czarnej wodzie pchane, które natrafiwszy na wodne grzbiety wnet ku otchłaniom kurs obierały. Trwał więc tak lud w swej klątwie kolejne próby oswobodzenia podejmując.

tw6Mdjeu.png


A
gonia kolejnych pokoleń trwała. Wtedy to, gdy lud ujrzał, iż czarna woda na ucieczkę nie pozwoli, narodził się On. Dziecię tego, który pierwszy przed szereg wyszedł i myśl wyzwoleńczą w umysły swych braci włożył. Tego, który pierwszy w ciemnych otchłaniach zasnął aby wraz z grzmotem czarnych języków zostać wyplutym na ziemię, z której chciał uciec. Dziecię o oczach, które miejscem śmierci jego ojca były zabarwione. Te oczy młodzieńcze, a z czasem już dojrzałe i bystre, wpatrywały się we wzburzoną taflę wodną wypatrując nie wiadomo czego. Jedni się go obawiali, drudzy go podziwiali, inni ignorowali. Acz każdy z nich musiał przyznać, że był On inny niż cały lud przeklęty. Kolejne widma ognia i skalnego żaru, cienie głodu humorami Bestii powodowane, fascynowały go. Przyciągały go. Zapraszały w swe ramiona. A On się nie wzbraniał. Gdy bestia spokojną była podchodził pod górskie karki przybierając najrozmaitsze pozy. Giął się, pełzał i wspinał. Smakował skalnych ścian i węszył pośród szarych mgieł. Patrzył w szczeliny tak dalekie pośród, których legowisko Bestia posiadała. Zapędzał się na tyle na ile mu strach pozwalał coraz to bliżej skalistych drapaczy, na które nikt inny nie śmiał nawet zerkać. I głód Go trawił, głód okrutny. Wykręcający wszystkie mięśnie, za którymi szkielet cały podążał, lecz zaspokoić go nie mógł. Dlatego szukał i wypatrywał leku na swą dolegliwość niszczącą jego umysł i ciało.

ioWS7Sy2.png


R
oku pewnego, który nastał wraz z kolejnym Bestii gniewem On wreszcie ziścił swe pragnienie. Wypatrywał i dojrzał. Węszył i poczuł. Szukał i odnalazł. Mimo ostrzeżeń starszyzny, ciskających pioruny spojrzeń własnych pobratymców, w największym szaleju ognia i rozżarzonych skał, które słońce przyćmiewały, ruszył ku Bestii legowisku aby głód swój zaspokoić. Pchany pierwotnym instynktem zdobycia pokarmu szedł w samą paszczę klątwy ludu swego. Jednak Mu nie o pożywienie chodziło. Ciało mimo, iż osłabłe, duch wielki napędzał. Duch ciekawości. Chęć poznania tego co nieznane. To był głód, który męczył Go od środka. A lekarstwem na to było Bestii czoła stawienie. Bestii, której jedynie kaprysy były ludowi przeklętemu znane i widziane, lecz ona sama między garbami skalnymi oblicze swe skrywała. Dlatego poszedł On w skalne zarośla pełne pułapek. Wstąpił na szlaki dawno wyryte w ścianach zimnych i twardych. I zniknął na czas, którego zliczyć nie sposób. Lud Go nie oczekiwał. Bestia niezliczone życia zabrała więc i Jego śmiertelnym obłokiem opatuliła. Jedynie rodzicielka Jego łzę słoną uroniła stojąc na skraju czarnej wody, w którą tak wytrwale wpatrywał się On. Ten, którego oczy przypominały lodowatą i głęboką mogiłę, w której usnął jej ukochany. Ironią się zdawało Jego rodzicielce, że On barwą czarnej wody naznaczony w sam środek ognistej paszczy Bestii powędrował jakoby walkę żywiołów chcąc stoczyć.

FmFlG6e0.png


O
gień z wodą miały się spotkać i dopełnić niewiadomego przeznaczenia. Jednak nic nie nastało. Nic. Ani powrót Jego, ani czerń i czerwień ognistego nieba, ani głód odwieczny. I czekał tak lud przeklęty w całkowitej ciemnocie myśli. Aż wreszcie ujrzeli. Tam w szczelinach gdzie ongiś strach ludzki wzrokowi zajść nie dawał, zobaczyli pary buchające z miejsca spoczynku Bestii. Ogień i woda toczyły walkę w samym sercu przeklętego legowiska. Dymy niezliczone pod niebiosa się wznosiły przy akompaniamencie bulgotu i syczenia. Mimo iż starcie to daleko w głębi gór się odbywało, odgłosy toczonej walki niosły się wraz z wichru podmuchami. Ów spór ognia i wody trwał przez pięć słońc i cztery księżyce, aż wreszcie zanikł po nim ślad. Wtedy to, gdy piąty księżyc nastał On powrócił spowity mrokiem z trzewi Bestii i wstąpił między braci aby im o swym czynie dokonanym opowiedzieć. Gdy stanął pośród nich sam uosobienie Bestii przypominając, rozprawiał o tym jak to zwyczaje czarnej wody z brzegu obserwował. Jak wzrokiem wynajdywał jej ramiona w skalnych labiryntach niknące. Jak to wilgoci swymi zmysłami poszukiwał, która koryto wodne zwiastowała. Jak wpełzał między skały nasłuchując szeptów śródziemnych potoków. Jak patrząc ku Bestii legowisku obmyślał cóżże trzeba uczynić by wodne ścieżki w siedlisko złej zmory skierować aby ją uśpić po wsze czasy.

b34vRyi9.png


G
łos Jego na sile przybierał, a lud przeklęty słuchał i strach ich zżerał, gdy w trakcie tej rozprawy spoglądali na czarną postać Jego. Doszedł wreszcie do czasów kiedy to sam o własnych siłach ścieżki wodne przemieniał tak aby kurs ku Bestii obierały. A Bestia się broniła i coraz to silniej ogniem spod ciemno krwistego nieba pluła, a to głazy gorące rzucała. Jednak On korzystając z gościnności wodnych szlaków chronił się w ich wnętrzu snu wiecznego unikając. A kiedy Bestia paszczą swą pokarmu Go pozbawiała schodził On w ścieżek głębiny i wodne trawy jadł aby siłę mieć do ukończenia swego dzieła. I nastał wreszcie dzień wyzwolenia, w którym wodne rumaki o białych grzywach uderzyły w serce Bestii, której ogień kiedyś musiał ustąpić i ulecieć ku niebu. Tak też się stało. Ojciec Jego, który pierwszy nadzieję w czarnej wodzie pokładał nie mylił się, lecz zamiast ścieżką wodną ruszyć, wybiegł na czarną polanę bezkresnych otchłani i poległ. On odnalazł słuszną drogę i przez wyzwolenie ludu swego od klątwy zyskał władzę, która z barków Bestii na niego spadła. Niestety klątwa nie w Bestii się kryła. Mijały kolejne słońca i księżyce, a On coraz bardziej Bestię pokonaną przypominał. I lud Jego to widział, bo tyrania wciąż narastała. Imię Jego z imieniem Bestii się splotło, bo on sam się nią stał i całą krainę od bestialskiego imienia nazwano. Miano, które nosił w Twych oczach się odbiło kiedyś ów opowieść czytał, ale czyś je dojrzał?


b3d0f439ce96.gif
Serduszka
8 526,00 lt
Ten artykuł lubią: Andrzej Fryderyk, Alfred Fabian von Tehen-Dżek, Arcadio Norbert dal Deliart-Wissener, Robert Fryderyk, Wojciech Hergemon, Laurencjusz Ma Hi at Atera, Adam Jerzy Piastowski, Fryderyk von Hohenzollern, Vanderlei Bouboulina-à-la-Triste, Tomasz Ivo Hugo.
Komentarze
Robert Fryderyk
Świetna robota wnuku!
Odpowiedz Permalink
Robert Fryderyk
To trzeba uwiecznić w GvT, publikacja ze wszystkimi rarogońskimi opowieściami!
Odpowiedz Permalink
Jahn Dagobard ik Thórn-Mákovski
Dzięki dziadziu, ale opowieść do końca nie wyszła tak jakbym tego chciał. Czegoś mi w tym zabrakło. No, ale to był taki tekst na próbę. Będę musiał się mocniej przyłożyć do kontynuacji, karwa fa.
Odpowiedz Permalink
Tomasz Ivo Hugo
Ciekawa, morczna opowieść. Historia nie raz koło zatacza, a równowaga w świecie czasem jest tak silna, że sama się układa, wbrew wszystkim i wszystkiemu. Mam nadzieję na ciąg dalszy losów Raroga i jego Ludu
Odpowiedz Permalink
Rejestr zmian
Jahn Dagobard ik Thórn-Mákovski
Jak tylko uda mi się złapać odpowiednią wenę to pojawi się kolejna Zaga. Liczę, że o wiele lepsza i mocniejsza. ;)
Odpowiedz Permalink
Tomasz Ivo Hugo
A gdzie ta Wena jest? Kawaler napisze, wyślę odpowiednich ludzi, złapią ją i przyniosą.
Odpowiedz Permalink
Jahn Dagobard ik Thórn-Mákovski
Wiedziałem! Nawet w Sarmacji istnieje tajna bezpieka!
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.