Głos Sclavinii, Karolina Aleksandra, 28.06.2015 r. o 01:48
Niedziela z… Danielem Saryonim [#23]
Seria wydawnicza: Niedziela z…

Artykuł został oznaczony jako Artykuł na Medal.
82OyQZ5z.png

Zaczynał na przeciwnym biegunie v-świata, a dzisiaj zamieszkuje nasz kraj. Jak wyglądała jego mikronacyjna droga? Ujawniamy to w dzisiejszej rozmowie. Panie i Panowie, niedziela z… Danielem Saryonim!

Głos Sclavinii: Trizondal, Zjednoczona Federacja Mikrosławii, a teraz Sarmacja. Twoja mikronacyjna historia jest bogata. Gdzie się właściwie narodziłeś w mikroświecie?

Daniel Saryoni: Moją pierwszą mikronacją było założone przeze mnie i kilku realnych znajomych Królestwo Morinii. Było to sześć lat temu. Podchodziliśmy do spraw „naszego” państwa śmiertelnie poważnie. Oczywiście ja, jako pomysłodawca, zostałem królem, a pozostałym krajanom zapewniłem ciepłe posadki wokół królewskiego tronu. Szczerze mówiąc, rozpoczęcie mikronacyjnej „kariery” we własnym wirtualnym państwie było dla mnie prawdziwą szkołą v-życia.

Najgorsze były docinki i lekceważenie, z którym spotykaliśmy się co jakiś czas ze strony różnych osób. Oczywiście wydawało mi się to niesprawiedliwe, bo włożyliśmy dużo pracy w opracowanie strony internetowej (rzecz jasna bardzo kiepskiej) i innych elementów wyróżniających nas spośród reszty mikronacji. Na szczęście na naszej drodze spotkaliśmy takich ludzi, jak Juan Samir, który bardzo nam pomagał w trudnych początkach. Morinia istniała samodzielnie jedynie przez trzy miesiące. Na początku lipca 2009 zawarliśmy, z inicjatywy Juana, unię z Królestwem Nowal łączącą nasze państwa w federację, znaną później jako Mikrosławia.

GS: Skąd pomysł na założenie własnego państwa? Wielu w Sarmacji narzeka właśnie na to, że zamiast łączyć się w większe organizmy państwowe, ludzie wolą trzymać się w państwach z małą ilością obywateli i z trudem utrzymywać w nich jakieś życie.

DS: Jak już wspomniałem, po kilku miesiącach istnienia Morinii zdecydowaliśmy się na fuzję z większym i bardziej doświadczonym wirtualnym państwem. Świadczy to o tym, że małe mikronacje często potrzebują tak radykalnych działań. Jest to o wiele lepsze wyjście, niż pozwolić swojemu państewku trwać w cichej agonii przez długie tygodnie i w końcu zginąć z braku aktywności. Jednak do takich wniosków dochodzi się dopiero wtedy, gdy na własnej skórze odczuje się trudy zaczynania wszystkiego od początku. Gdy obywatele, najczęściej kilku kolegów z nieistniejącego reala, znudzą się i zaczną odchodzić.

W moim odczuciu zakładanie nowych mikronacji jest motywowane chęcią stworzenia własnej, unikalnej historii. Wirtualnego państwa o niepowtarzalnym klimacie, które można dowolnie kształtować. Samo tworzenie kolejnych działów na forum, historii przedinternetowej, symboli narodowych i całej reszty elementów układanki sprawia ogromną frajdę. Problemy zaczynają się dopiero po ogłoszeniu niepodległości i rozpoczęciu działalności.

GS: Potem była zatem Mikrosławia. Projekt udany czy nie? Jak to wyglądało?

DS: Mikrosławię zawsze będę miał głęboko w sercu i to właśnie tę mikronację uważam za swoją wirtualną ojczyznę. Federacja Zachodnia, bo tak w pierwszych dniach nazywany był morińsko-nowalski projekt miała początkowo, jeżeli się nie mylę, sześciu aktywnych obywateli, a przy okazji cieszyła się zainteresowaniem wielu osób z zewnątrz, głównie z Winktown i Okoczii. Początkowo Mikrosławia była tylko pustą kartką, lecz wspólnymi siłami zapełniliśmy tę kartkę pomysłami na mikronację. Ustrój i klimat Federacji był przedmiotem wielodniowej debaty.

Ostatecznie ustaliliśmy, że najlepszym wyborem będzie odwołanie się do kultury Słowian, a podstawą ustroju była demokracja bezpośrednia. Wszystkie decyzje podejmowało zgromadzenie obywateli, zwane Saborem Wszechsławii. SW wybierał także głowę państwa – Skrijata Wszechsławii. Biurokracja została ograniczona do minimum, co wielu osobom bardzo przypadło do gustu. Jednak to właśnie w kwestii ustroju, w moim odczuciu, popełniliśmy błąd.

Początkowo ustanowiony system spełniał swoją rolę, jednak nowi obywatele, żądni stanowisk i zaszczytów, nie czuli się dobrze w Mikrosławii. W teorii istniały funkcje ministerialne, jednak w praktyce pozostawały nieobsadzone. Istniał tylko jeden urząd, o który nowi obywatele mogli się ubiegać – stanowisko Skrijata Wszechsławii. W efekcie czego znudzeni nowi odchodzili do innych mikronacji, a z czasem wykruszyła się także stara gwardia. To jeden z powodów, dla których Mikrosławii dziś nie ma.

W tym miejscu chciałbym skierować słowa uznania dla jednego z Mikrosławian – Karola Flibustiera, który nadal prowadzi nowalską gazetę SOKN i regularnie publikuje artykuły na Planecie, a nawet próbował podejmować działania w celu odbudowy Federacji. Ma za to mój do-v-żywotni szacunek.

GS: O, kojarzę SOKN i to, że do dziś działa. Przesyłamy wyrazy uznania autorowi. Natomiast, wracając do Mikrosławii, mając dzisiejsze doświadczenia, jakbyś inaczej zbudował jej ustrój? Czego, w Twojej opinii, chcą nowi obywatele, oprócz stanowisk i zaszczytów? I czy to dla nich jest najważniejsze?

DS: Gdybym mógł cofnąć czas o te sześć lat i ponownie brać udział w opracowywaniu założeń ustrojowych Mikrosławii, na pewno walczyłbym o jedną, ale bardzo istotną zmianę. Przede wszystkim byłbym przeciwnikiem maksymalnego ograniczenia biurokracji i urzędów. Mikronacja, która chce się rozwijać, powinna przyciągnąć nowych miekszańców niepowtarzalnym klimatem, a zatrzymać przyjaznym ustrojem.

Jeżeli Mikrosławia w szczytowym okresie liczyła sobie jedenastu obywateli, a do obsadzenia były tylko trzy stanowiska, czyli Skrijat Wszechsławii, Vojvoda (zarządca prowincji) Moriński oraz Vojvoda Nowalski to mamy pracę dla trzech obywateli. A co ma robić pozostałych ośmiu? Oczywiście mikronacje to nie tylko polityka i państowe stołki, ale nie każdy chce i umie pisać opowiadania, tworzyć narrację czy trenować drużynę w xperteleven.

Z drugiej strony bez polityki, walki wyborczej i urzędów nie bylibyśmy stuprocentowym wirtualnym państwem. Wbrew pozorom każdy mikronauta, na jakimś etapie swojej wirtualnej kariery, chce piastować ważne funkcje, awansować w hierarchii społecznej czy chociażby zostać nagrodzonym medalem za swoje zasługi. Dodatkowo piastowanie nawet mało ważnego stanowiska bardziej motywuje do tworzenia inicjatyw, niż działanie z pozycji wolnego strzelca. Poza możliwością awansu społecznego ważną, w moim odczuciu, rolę odgrywa możliwość realizacji swoich pasji i samorozwoju. Przynajmniej z tego powodu zdecydowałem się zamieszkać w Księstwie Sarmacji.

GS: Będąc na, w gruncie rzeczy, oddalonej od Księstwa ziemi, jak postrzegałeś Sarmację? Miałeś jakieś stereotypy, może jakieś postrzeganie wizerunku Sarmatów, zanim przybyłeś do nas?

DS: Księstwo Sarmacji zawsze imponowało mi swoim ogromem i rozmachem. Niewiele brakowało, a swoją przygodę z mikronacjami rozpocząłbym właśnie jako Sarmata, jednak dziś cieszę się, że tak się nie stało, ponieważ byłbym uboższy o pewne doświadczenia.

Tworząc zręby mojego pierwszego państwa wirtualnego z zaciekawieniem przypatrywałem się temu jak funkcjonuje Sarmacja. Starałem się czerpać wzorce, które mógłbym wykorzystać w swoim projekcie. Nie mogłem wówczas pojąć w jaki sposób udało się stworzyć tak gigantyczną mikronację, z populacją większą niż wiele innych państw razem wziętych. Pamiętam, że sporo czasu spędziłem czytając akty prawne zawarte w sarmackim Dzienniku Praw.

Niedawno na forum centralnym napisałem, że kiedyś postrzegałem Sarmację, jako mikronację zanurzoną w ustroju feudalnym, a osobę Księcia, jako niedostępną i odizolowaną od reszty społeczności. Oczywiście dziś zdaję sobie sprawę, że były to tylko domysły. Jedyne co w moim postrzeganiu Sarmacji się potwierdziło to przekonanie, że bardzo wielu Sarmatów nie interesuje się resztą świata. Mimo wszystko taki stan rzeczy akurat mnie nie dziwi, gdyż obecnie sam nie udzielam się poza granicami.

GS: Sarmaci bywają nazywani Amerykanami mikroświata. Mimo że chętnie sercujemy artykuły, które opowiadają nam o wydarzeniach z innych krajów, sami rzadko wypuszczamy się poza Księstwo. To dobrze? Źle? Jest w ogóle co śledzić w tych czasach w innych państwach?

DS: Nie rozpatrywałbym tego stanu rzeczy w kategoriach „dobrze czy źle”. Każdy z nas ma swój własny kawałek podłogi w przestronnym, mikronacyjnym apartamencie i może go zagospodarować zgodnie z własnymi przekonaniami i zainteresowaniami. Jeżeli statystyczny Sarmata uważa, że jest mu dobrze w ojczyźnie i nie interesują go sprawy zagraniczne, ma do tego prawo. Zwłaszcza biorąc pod uwagę jak wiele różnych rodzajów aktywności oferuje Księstwo.

Często po dłuższym czasie spędzonym na czytaniu artykułów, angażowaniu się w bieżące sprawy swojej prowincji czy uczestnictwie w dyskusjach na forum nie ma się już, ani siły, ani ochoty wyściubiać nosa poza granicę państwa. Oczywiście, warto zainteresować się innymi mikronacjami, a zwłaszcza tymi najmłodszymi. Kiedyś lubiłem podróżować po Pollinie i muszę sobie obudzić tę pasję na nowo, ponieważ z jakiegoś względu straciłem zapał do nawiązywania kontaktów zagranicznych. Zresztą chyba nie tylko ja, w końcu na dzień dzisiejszy jakakolwiek, bliższa multilateralna współpraca pomiędzy mikronacjami została mocno zaniedbana. Świadczy o tym los OPM.

GS: Przypomniały mi się słowa Marcina Sokołowicza-Iwanowicza. Stwierdził on kiedyś, że istnieją małe mikronacje, ale jeśli istnieje taka mikronacja, która jest za duża, aby ją ogarnąć, to jest to właśnie dla niego Sarmacja. A Tobie jak szło ogarnianie nas na początku?

DS: Kilka dni temu wywiadu dla Gazety Teutońskiej udzielał Tomasz Mancini. Stwierdził w nim, że pomimo swojego sześcioletniego doświadczenia w mikronacjach miał spore problemy z ogarnięciem Sarmacji. I to stwierdzenie mogłoby posłużyć również za moją odpowiedź. Mam podobny staż, jak p. Mancini, a gdy zamieszkałem w Księstwie czułem się zupełnie zdezorientowany.

Tutaj wszystko działa inaczej niż w małych mikronacjach. Na szczęście w moim samorządzie zostałem dobrze przyjęty, a po kilku dniach od zamieszkania otrzymałem ofertę pracy w Sarmackiej Agencji Prasowej od p. Kolineusza. Opublikowanie kilku artykułów sprawiło, że łatwiej było mi się przełamać i próbować swoich sił w innych sprawach. Oczywiście nadal szukam swojego miejsca w sarmackim społeczeństwie, ale mam to szczęście, że spotykam na swojej drodze właściwych ludzi. Poza tym dość szybko udało mi się wystartować w wyborach do Sejmu i to z ramienia partii.

GS: Czym się różni działanie Sarmacji od działania mniejszych mikronacji? Co wychodzi na pozytyw, co jest z kolei negatywne, jeśli porównać obie strony?

DS: Małe mikronacje zazwyczaj cechują się tym, że jeden obywatel pełni szereg różnych funkcji i to często z przymusu. Wystarczy porozglądać się po forach kilkuosobowych państewek i poczytać podpisy obywateli. Zawsze rzuci się w oczy jakiś Jan Kowalski, który jest jednocześnie prezydentem, premierem, ministrem spraw zagranicznych i finansów, a do tego głównodowodzącym armii i sędzią sądu najwyższego. Można powiedzieć, że taka mnogość funkcji w małej mikronacji to przerost formy nad treścią, ale często bywa tak, że jeden z obywateli zrezygnuje z piastowania swojego stanowiska lub w ogóle opuści państwo, a jego obowiązki zostają scedowane na kogoś innego. W Sarmacji sytuacja jest wręcz odwrotna.

Tutaj trzeba się naprawdę mocno starać, aby otrzymać chociaż cień szansy na pełnienie jakiegokolwiek decyzyjnego stanowiska. Nie ma szans, aby nowy obywatel z marszu został ministrem czy ambasadorem. To jest właśnie kluczowa różnica pomiędzy Sarmacją, a mniejszymi mikronacjami. Zastępowalność, bo odejście jednego, a nawet kilku obywateli nie wywoła kryzysu w państwie oraz rzeczywista wartość piastowanych stanowisk, bo na ich objęcie trzeba sobie mocno zasłużyć. Inną różnicą jaką dostrzegłem pomiędzy Sarmacją, a małymi mikronacjami, to motywacja do wykonywania obowiązków.

Nie wiem czy będę potrafił to dobrze wytłumaczyć, ale chodzi mi tutaj o to, że w Mikrosławii czy Trizondalu zajmowałem się wieloma sprawami tylko i wyłącznie dla dobra wspólnego. Musiałem zrobić coś, czego potrzebowało państwo, aby sprawnie funkcjonować. Dla przykładu, w Trizondalu opracowałem projekty medali, ponieważ wiedziałem, że tego elementu brakuje w układance i obywatele oczekują, aby te projekty się pojawiły.

W Sarmacji natomiast wiele rzeczy mogę robić dla siebie lub, jak kto woli, dla obupólnej korzyści. W wielu branżach istnieje tak silna konkurencja, że mogę szukać dla siebie niszy gdzie indziej, a jeżeli ją znajdę to rozpoczynam działalność, na której mogę zarabiać.

GS: I w Sarmacji bywa tak, że obywatele działają pro publico bono. Przykładem ostatni konkurs Jego Książęcej Mości na projekty odznaczeń, gdzie zgłosił się tylko jeden grafik, i to z konieczności. Zarabiać… Zbierasz na coś pieniądze? Jak widzisz rolę libertów w Sarmacji?

DS: Jasne. Nazbierałem ich już całkiem sporo, ale nie lubię jak tak leżą na koncie i śniedzieją. W końcu Rada Ministrów ma poważne problemy z budżetem, a na prywatnych kontach zalegają ogromne ilości libertów. Dlatego staram się nauczyć obracać pieniądzem w warunkach sarmackiej gospodarki.

Niedawno kupiłem swoją pierwszą monetę, a kiedy mogę staram się dokładać do nagród w różnych inicjatywach. I nie mówię tego żeby się pochwalić, ale sądzę, że jest to zwyczajnie korzystne dla gospodarki. Mimo wszystko uważam, że dopóki nie doczekamy się systemu gospodarczego z prawdziwego zdarzenia, libert będzie tylko miłym dodatkiem do zabawy w państwo.

GS: System gospodarczy jest już bliżej niż dalej, ale wciąż jest na horyzoncie oczekiwań, a nie obecności. Wróćmy do tematu wyborów jednak. Startowałeś w nich. No właśnie, jak oceniasz rywalizację, kampanię, i dlaczego w ogóle wybrałeś Front Robót?

DS: Walka o głosy rozpoczęła się na poważnie dopiero w samej końcówce kampanii, jednak zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie wszystkim podobały się starcia kandydatów, czasami przypominające pojedynek wściekłych pitbulli, ale ja uważam, że jest to jeden z fundamentów dobrze funkcjonującej demokracji. Z wyników cieszę się z dwóch względów. Po pierwsze wygrała moja partia, nieznacznie ale jednak.

Po drugie większość w Sejmie zdobyli... Teutończycy. Mi nie udało się wywalczyć mandatu, ale też spodziewałem się tego, więc rozczarowania nie było. A głównym powodem, dla którego wybrałem Front Robót było zaufanie do osób w nim działających. Do wstąpienia w szeregi partii namówił mnie Daniel Krak, z którym współpracuję już przy innych inicjatywach. Zresztą FR ma w swoich szeregach kilku znanych i cenionych Sarmatów. Te wszystkie czynniki sprawiły, że mam wiarę w to ugrupowanie.

GS: Daniel Krak tuż po wyborach skomentował wynik Frontu Robót — „porażka”. Zgadzasz się?

DS: Oczywiście Daniel ma prawo do takiej oceny i rozumiem jej powody. Byliśmy pewni zwycięstwa, na które, pomijając siłę głosu, wskazywały oba przedwyborcze sondaże. Jednak Front Robót liczył nie tylko na zwycięstwo, ale przede wszystkim na większość w Sejmie. Wyborcy zweryfikowali nasze plany i trzeba się z tym pogodzić. Ja uważam, że jak na młodą partię, osiągnęliśmy bardzo dobry wynik, ale trzeba zrobić wszystko, aby tego poparcia nie zaprzepaścić.

GS: Powodzenia w tym! Swoją drogą, wspomniałeś o tym, że większość w Sejmie zdobyli Teutończycy. Dlaczego w sumie wybrałeś akurat tę krainę Księstwa, a nie którąś z innych? Miałeś pewnie tę przewagę, że jako doświadczonemu mikronaucie prezentowano Ci zaproszenia nieco innego rodzaju niż „chodź do nas, będzie fajnie”?

DS: O sarmackich prowincjach nie miałem właściwie żadnego pojęcia. Najbardziej znałem Sclavinię i to tylko z tego, że dawniej była częścią RSiT. Zaproszenia dostałem takie, jak inni nowi mieszkańcy. Ktoś, coś wkleił w wątku powitalnym, ktoś inny napisał na coś IRC-u. Ja postanowiłem na spokojnie rozejrzeć się za miejscem dla siebie i wybór padł na Teutonię. W jakiś spodobała mi się ta kraina, chyba głównie dzięki dwujęzyczności zaakcentowanej już na poziomie forum. Z resztą ciężko powiedzieć, co rzeczywiście było powodem mojej decyzji. To tak, jakbym miał do wyboru cztery piękne kobiety, ale jedna z nich po prostu najbardziej mnie zauroczyła i trudno opisać dlaczego.

GS: I nie żałujesz wprowadzenia się pod strzechę tej kobiety?

DS: Zdecydowanie nie! W Teutonii czuję się jak wśród rodziny, w której zdarzają się nieporozumienia i błędy, ale ostatecznie jeden skoczy za drugiego w ogień. Oczywiście Teutończycy są nieszablonowymi ludźmi i mają specyficzny styl bycia, oparty w dużej mierze na dumie ze swojego pochodzenia, ale jak widać po ostatnich sukcesach, ta duma nie jest nieuzasadniona. Widać zresztą po komentarzach do wyników ostatnich wyborów, że jeden Teutończyk życzy drugiemu dobrze.

GS: Intrygujący samorząd. A jak wypadają inne samorządy teraz, gdy już mieszkasz dłużej w KS i co nieco o nich wiesz?

DS: Przyznam, że w tej materii jest ignorantem i nie interesuję się w wielkim stopniu pozostałymi samorządami. Na pewno we wszystkich rankingach zawsze błyszczy Sclavinia i pozostałe prowincje powinny jej pozazdrościć aktywności. Na wyróżnienie zasługuje również system ewidencji gruntów. Poza tym nie próżnują także w Baridasie, chociaż ostatnio nie obyło się tam bez poważnej kłótni z powodu Akademii. Z tego co mi wiadomo GiS przeżywa ostatnio trudne chwile, ale trzymam kciuki za poprawę sytuacji. Ogólnie kibicuję wszystkim samorządom i liczę na zdrową rywalizację, ku chwale Sarmacji.

GS: Ku chwale Sarmacji. Jednak istnieją także inne mikronacje. Jak sam wcześniej zauważyłeś, los OPM świadczy o upadku idei współpracy międzynarodowej. Czy to upadek stały, czy po prostu trzeba ją redefiniować? Stojąc po stronie Sarmacji, jakich partnerów do współpracy międzynarodowej byś widział i jak byś ją realnie rozwinął?

DS: Upadek OPM odbieram jako długofalowy proces utraty autorytetu tej organizacji, jak i stopniowy zanik zainteresowania współpracą multilateralną w ogóle. W związku z tym odbudowa takiej struktury mogłaby być obecnie bardzo trudna, albo nawet niemożliwa. Sądzę, że rozkład OPM stanowił etap przejścia do nowej epoki, w której poszczególne mikronacje zamieniają się w monady skupione tylko na sobie, prowadzące jedynie kurtuazyjną politykę zagraniczną.

Dawniej istniała większa potrzeba komunikacji z obcokrajowcami. Świadczyć o tym może aktywność jaka, jeszcze kilka lat temu cechowała forum mikronacji. Obecnie nie dzieje się tam nic. Wtedy istniało także kilka aktywnych organizacji regionalnych, jak choćby Unia Mikrooceanii.

Swoją drogą cudem jest, że od upadku uchroniła się MUP, ale to chyba tylko dzięki rozgrywkom v-Mundialu. Rzecz jasna, jestem zwolennikiem budowy struktury na wzór OPM, ale nie wiem czy jest to obecnie warte jakichkolwiek wysiłków, ponieważ jeśli nie ma chęci, to nawet najlepsza formuła organizacji nie zda egzaminu. Jeżeli chodzi o współpracę z innymi państwami, to powinniśmy, w miarę możliwości zacieśniać już istniejące relacje.

Ostatnio miałem okazję odwiedzić Republikę Palmową i przekonałem się, że zarówno La Palma, jak i wiele innych, małych mikronacji ma spory potencjał. Powinniśmy okazywać im zainteresowanie. Warto współpracować także z Surmenią i z Trizondalem. Trizondal wspomniałem trochę z sentymentu, ale wierzę, że najlepsze czasy jeszcze przed nimi. Poza tym Sułtanat Al Rajn byłby dobrym partnerem, jako stara i duża mikronacja, ale tutaj na przeszkodzie stoją złe relacje.

GS: Z Trizondalem mamy trochę ochłodzone relacje, głównie dzięki wspólnej historii. RSiT nie jest postrzegana przez obie strony zbyt pozytywnie, mimo że mamy jeszcze w Sarmacji ludzi, którzy działali w sarmackim Trizondalu, w Rzeczypospolitej Sclavińskiej, czy już potem w RSiT…

DS: Zdaję sobie sprawę, jak trudna jest historia stosunków trizondalsko-sclavińsko-sarmackich. Gdy jeszcze działałem w Mikrosławii doszło do secesji RSiT od Księstwa Sarmacji, ale mariaż Sclavinii i Trizondalu nie okazał się trwały. Zresztą, jako były obywatel Trizondalu doskonale znam stosunek do powrotu Sclavinii na łono Księstwa Sarmacji, który bardzo kontrastuje z uporem, z jakim Trizondalczycy trwają przy swojej niepodległości. Sądzę, że udałoby się żyć razem w dobrych relacjach, mimo dzielącej nas przeszłości, ale do tego potrzeba chęci, a nie widzę ich ani z jednej, ani z drugiej strony.

GS: Cóż, zobaczymy, czy w przyszłości coś się poprawi w tym kierunku. Poruszmy jednak temat Mikronacyjnej Unii Piłkarskiej, bo on faktycznie jest ciekawy. Mikronacyjny sport jest dla mnie trochę zagadką. Przybliżysz działalność MUP mi i naszym czytelnikom?

DS: Szczerze mówiąc, nie wiem, jak MUP funkcjonuje obecnie. Natomiast z czasów, gdy jeszcze byłem delegatem Mikrosławii pamiętam, że Unia miała swoje wzloty i upadki. I to powtarzające się niemal cyklicznie. Wtedy poza wybieraniem organizatorów v-Mundiali, poszczególne organy MUP prowadziły rankingi lig oraz reprezentacji narodowych. Ponadto forum tej organizacji było przede wszystkim miejscem dyskusji dla mikronautów zaangażowanych w sprawy sportu. Niestety co jakiś czas pojawiały się problemy z aktywnością, a właściwie zaniki aktywności. Z zimy 2009/10 pamiętam też poważny kryzys i przepychanki o fotel Prezydenta. Mimo wszystko chciałbym, aby zarówno Mikroświatowa Unia Piłkarska, jak i inne organizacje ponadnarodowe wykazywały się obecnie taką aktywnością, jak dawniej.

GS: W sumie, co czytam jakąś relację z MUP, to zawsze jest jakiś kryzys. Jeśli nie ma kryzysu aktywności, to jest kryzys władzy. A już w ogóle o postawach delegatów rajńskich zasiadających w MUP krążą różne mity i legendy…

DS: Delegaci rajńscy raczej nigdy nie należeli do tych osób, które tylko głosują i siedzą cicho. Wspomniany kryzys w MUP i problemy z wyborem Prezydenta był także związany z ich działaniami, ale nie twierdzę, że rajńscy delegaci w całej tej sytuacji zawinili, a raczej starali się rozwiązać problem. W pamięć zapadła mi także kłótnia o wykluczenie reprezentacji Bantu. Mimo wszystko wiele federacji miało wtedy swoje za uszami. Wiadomo – piłka nożna generuje ogromne emocje.

GS: W sumie nawet osoby, które są nią średnio zainteresowane, śledzą z emocjami v-mundiale i kibicują swojej drużynie. Nie ma chyba drugiego tak licznego sportu w mikronacjach, jak piłka nożna. Najbliżej jest chyba tylko sarmacki snooker… Niemniej, widziałeś przez wiele lat w mikronacjach różne rzeczy. Który moment najbardziej zapadł Ci w pamięć i dlaczego? No i czy warto było bawić się w mikronacje?

DS: Było wiele takich momentów. Zwłaszcza w pamięci zapadła mi, jeżeli się nie mylę, koronacja w Elderlandzie zimą 2010. Podczas części oficjalnej wywiązała się zapierająca dech w piersiach kłótnia pomiędzy jedną z koronowanych głów, a kilkoma gośćmi. Byłem wtedy w odwiedzinach u mojego realnego przyjaciela i v-brata Arthura von Schwarz, i mieliśmy ubaw po pachy. Sądzę, że w mikronacje warto bawić się dla samej radości budowania wspólnymi siłami czegoś, co zapadnie w pamięć na lata. Są oczywiście chwile zwątpienia i wypalenia, ale koniec końców zawsze pamięta się tyko te dobre momenty. Gdybym miał cofnąć się w czasie i zdecydować czy chcę znów zaangażować się w mikronacje, na pewno zrobiłbym to ponownie. Dzięki zaangażowaniu w tę społeczność poznałem wielu wartościowych ludzi oraz odkryłem w sobie głęboko skrywane zainteresowania.

GS: I summa summarum, to niezła korzyść z mikronacji. Danielu, czas powoli kończyć naszą rozmowę. Kto następny do wywiadu?

DS: Niedawno jeden z Sarmatów stwierdził, że nikt nigdy nie wytypuje go do wywiadu dla GS. I tu powiem, że się mylił. Nominuję Krzysztofa Hansa. Niech powie co mu leży na duszy.

GS: Ojej. Szykuje się bardzo ciekawa konwersacja. Nasi rozmówcy wciąż dają nam ciekawe wyzwania! A teraz czas na pozdrowienia, słowa finalne, etc.

DS: Na koniec chciałbym pozdrowić wszystkich Sarmatów. Przede wszystkim JKW Helwetyka, który mnie nominował, Teutończyków, kolegów z Frontu Robót oraz trenerów z SLP. Pozdrawiam także wszystkich Trizondalczyków, którzy tutaj działają. Ponadto chciałbym skierować swoje pozdrowienia do osób, które raczej tego wywiadu nie przeczytają, a więc wspomnianego wcześniej Arthura von Schwarz, Juana Samira, Marcela Hansa oraz Karola Flibustiera i wszystkich osób, z którymi było mi dane dzielić radości i smutki w mikroświecie i dzięki którym jestem tu, gdzie jestem. Niech żyją mikronacje!
Serduszka
15 161,00 lt
Ten artykuł lubią: Roland Heach-Romański, Helwetyk Romański, Alfred, Daniel January von Tauer-Krak, Vladimir ik Lihtenštán, Krzysztof St. M. Kwazi, Siergiusz Asketil, Krzysztof Hans van der Ice, Henryk Leszczyński, Orjon von Thorn-Surma, Młynek Kawowy, Zoara Schlesinger-Asketil, Ludwik Tomović, Yennefer von Witcher, Tomasz Mancini, Heweliusz Popow-Chojnacki, Tomasz Ivo Hugo, Ławica Żubrów, Wojciech Wiśnicki, Marcel Hans.
Komentarze
Krzysztof Hans van der Ice
Wielkie dzięki Daniel za nominacje!
Obiecuje przygotować ciekawy wywiad :D
Odpowiedz Permalink
Mateusz Wilhelm
Ciekawy wywiad.
Odpowiedz Permalink
Krzysztof Czuguł-Chan
Redaktorka chyba lubi sumy.
Odpowiedz Permalink
Gotfryd Slavik de Ruth
Bardzo ciekawy i wyczerpujący wywiad. Paru ciekawych rzeczy się dowiedziałem.
Permalink
Karolina Aleksandra
Sumy to fajne ryby. Chociaż nigdy nie jadłam.
Odpowiedz Permalink
Paviel Gustolúpulo
Polecam, sumy to najbardziej rozrywkowe ryby na wschód od Soli. A kto jak kto, ja na ten temat trochę wiem.
Odpowiedz Permalink
Daniel Maksymilian von Schwarz-Saryoni
Krzysiu, nie zmarnuj swojej szansy! Cieszę się, że sprawiłem Ci radość :D
Odpowiedz Permalink
Tomasz Mancini
Serduszko za nominację <3. Chętnie poczytam, co leży na sercu Krzysztofa Hansa, w szczególności w sprawie rotryjskiej :D.
Odpowiedz Permalink
Heweliusz Popow-Chojnacki
Bardzo ciekawy wywiad. Jestem osobą, która urodziła się i zaczęła swoją "podróż" od Księstwa Sarmacji. Wysoce przyjemne jest poznawać historie innych osób, które przemierzyły bardzo dużo mikronacji, poznały ich obyczaje oraz prawa, które nimi rządzą. Nie mogę wyjść z podziwu dla tych osób i ich potężnego bagażu doświadczeń. Nie wystarczy mi nic innego jak tylko pogratulować tej wędrówki i życzyć sukcesów w drodze po vświecie.
Odpowiedz Permalink
Daniel Maksymilian von Schwarz-Saryoni
Dziękuję Panie Popow! Zapewniam, że gdybym miał przeżyć mikronacyjną przygodę od początku, wybrałbym taką samą drogę :)
Odpowiedz Permalink
Tomasz Ivo Hugo
Mi też Was i Sarmację czasem ciężko ogarnąć. Ciekawy wywiad, ciekawy wywiadowany :)
Odpowiedz Permalink
Ławica Żubrów
W końcu wiem gdzie podział się Nowal :)
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.