Puls Sarmatów, Persywald Moncki, 08.05.2015 r. o 15:22
Sarmata na końcu świata - Indiańskie Krainy
Seria wydawnicza: Sarmata na końcu świata

S
ą tutaj wśród nas osoby, które pamiętają czasy świetności Cesarstwa Aztec. Są też tacy, którzy byli tutaj tylko pod koniec jego egzystencji. Innym jedynie obiła się jego nazwa o uszy. Jeszcze inni nie mają pojęcia, że kiedyś istaniała taka mikronacja. Niektórzy uważają, że kraj został zniszczony w wyniku najróżniejszych kataklizmów. Co poniektórzy twierdzą, że jest on tylko wysiedlony, zato w całości na powierzchni Pollinu. Oficjalnie państwo rozwiązano, a białą plamę na mapach v-świata wypełniło morze. Dzisiaj przyjżyjmy się bliżej jakże sławnemu i tajemniczemu zarazem Cesarstwu, docierając w jego środek i odwiedzając urokliwe miejsca dawnej wyspiarskiej potęgi.

zna9U6yG.gif
Fragment mapy (wcale nie dlatego, że ją ucięło :)), podróż z Dreamlandu do Aztec



Dzień 1


F
er jest urokliwym miasteczkiem. Nie minął jeszcze miesiąc odkąd tu zamieszkałem. Jednak już mnie gdzieś ciągnie. Gdzieś gdzie jeszcze nie byłem. Tak... Brakuje mi iskierki przygody i czegoś... chyba z egoztyki i zapomnienia. Pakuję pospiesznie walizki, lecę do kantora wymienić liberty. kupuję potrzebne bilety i wsiadam w pociąg do stolicy. Podróż nie zajmuje nawet minuty mimo dosyć dużej odległości. Czyżby koleje państwowe znalazły sposób na to, aby pociągi "Sarmato-lino" poruszały się z prędkością dorównującą światłu? A może zasnąłem podczas podróży lub zamyśliłem się nie mając o tym zielonego pojęcia i wybudziłem się dopiero u celu? Nie, to jedynie realia v-świata, gdzie podróże po kraju trwają nie dłużej niż załadowanie kilku stron internetowych.
W Grodzisku wsiadam w samolot do Dreamlandu. Lecę dreamlandzkimi liniami, co już jest dla mnie w pewnym sensie egzotyką. Nigdy wcześniej nie miałem takiej okazji. Kiedy docieram do Dreamopolis nie ma jeszcze południa. Wsiadam w pociąg w kierunku południowym, a następnie w helikopter do miejscowości Samanti. Tutaj kończy się moja szybka podróż. Dalej mogę tylko popłynąć przez ocean, żeby dotrzeć do ponoć zniszczonych wysp Azteckich. Mimo, że posiadam patent żeglarski nikt nie chce mi wypożyczyć łodzi. Mówią, że jest on zbyt niskiego stopnia. Muszę się więc zdać na miejscową ludność. Poszukiwania sternika rozpoczynam od najbliższego baru, gdzie podobno stałymi bywalcami są rybacy i wilki morskie oferujący podrzucenie w każdy zakątek świata (coś jak morskie taxi). Mimo to nikt się nie kwapi na łatwy zarobek. Nikt nie chce płynąć w rejony, które mnie interesują. Odwiedzam jeszcze kilka innych knajp. Dopiero w czwartej lub piątej z rzędu ktoś zgadza się mi pomóc. Nie wygląda na miejscowego. Cerę ma nieco jaśniejszą i wyraźny akcent (być może trizondalski lub tyrencki). Pewnie tylko dlatego postanawia mnie podrzucić na jedną z upragnionych wysp.
Na poszukiwania zeszło mi trochę czasu i w międzyczasie ściemniło się. Umawiam się więc ze sternikiem na następny dzień o świcie w porcie oddalonym o kilka kilometrów od miasta.


Dzień 2

N
ieco jeszcze zaspany idąc pieszo wzdłuż drogi do portu sprawdzam aparat i baterie w nim. Wszystko działa. Oby tylko było co fotografować. Może nie jestem w tym fachu mistrzem, ale mam nadzieję na chociaż kilka ciekawych, w miarę udanych ujęć.
Kiedy dochodzę do przystani obcokrajowiec już czeka i wita mnie jakimś niezrozumiałym (zapewne tradycyjnym w jego stronach) gestem. Wsiadamy na na starą łódź i wyruszamy w "nieznane". Niespełna godzinę później dopływamy do nieco zaskakującego widoku. Rzeczywiście - ludzie twierdzący, że Cesarstwo uległo unicestwiwniu mieli rację. Jednak Ci drudzy, którzy mówili o opuszczonych ląda też się nie mylili. Oto rozciąga się przed nami w oddali teren zielony i czarny, do którego nie możemy się zbytnio przybliżyć, gdyż woda pod kilem łajby nie ma głębokości nawet dwóch metrów. Na część lądu wdarło się może zalewając lasy tropikalne i topiąc prawdopodobnie dużą ilość zwierzyny. Pozostała jednak na oko duża część nietknięta i to właśnie tam się teraz kierujemy. Wedle przestarzałych, archiwalnych już map ("pożyczonych" od pewnego znajomego Wandejczyka), aby dostać się do pierwszego z miast - Coanacotytlan - należy opłynąć od północy wyspę, wpłynąć do zatoczki i dalej już wędrować pieszo. Tak też robimy i w tym momencie.
Dojście do miasta zajmuje sporo czasu. Drogi już zdążyły zarosnąć i zniszczeć. Kiedy jednak dochodzimy (gdyż żeglarz postanowił również wyruszyć w głąb lądu) do miejsca, gdzie wg. mapy ma znajdować się pierwszy punkt podróży zaskakuje nas niezwykły widok. Znajdują się przed nami ruiny miasta, które w połowie jest właściwie morzem. Jest ono podzielone na dwie części - wodną i lądową. Z jednej strony błękitne fale zwieńczone białymi bałwamami zalewają piramidy miejskie, z drugiej wyrastają ich pozostałości i górują nad lasem. Niezwykły widok jak na pierwsze miasto. Udaje mi się nawet zrobić kilka zdjęć, chociaż nie są one pierwszej klasy. Aż ciężko opisać taki widok...

ikJIr5w7.jpg
Z zalanej części miasta nie zostało zbyt wiele...


Po całej wędrówce trzeba trochę odpocząć. A co może sprawić większą frajdę jak nie jedzenie samodzielnie znalezionych owoców leśnych pośród zabytków z dala od cywilizacji? Chyba nic.
Po uzupełnieniu pustki w brzuchach wyruszamy do największego, w miarę całego wieżowca. Przypomnijmy, że podczas istnienia państwa wszystkie budynki publiczne i prywatne (wieżowce i biura) budowano jako piramidy, gdzie na szczycie umieszczano świątynie.

Z2MNbY8r.jpg
"Nasz" wieżowiec


Wejście jest lekko zagruzowane, poza tym niestarannie zamknięte, widocznie w pośpiechu. Niższe piętra są puste. Nie ma nawet śladu po mieszczących się tu kiedyś biurach. Pozostały tylko zdobione ściany, które niekiedy wydają się przerażające w łunie świetlnej latarki. Dochodzimy coraz wyżej. Jesteśmy już chyba na ostatnim piętrze. To pomieszczenie jest większe od pozostałych i znacznie wyższe. Znajdują się tu różne dziwne rzeźby, a środek pomieszczenia oświetla chylące się ku zachodowi słońce przez oculus w suficie. Nie jest on regularny. Być może powstał na skutek odpadania sufitu. Wdrapuję się na dach. Stąd widok jest niesamowity. Błękit nieba przechodzi w pomarańcz i jasny szkarłat. Poniżej rozciąga się niebo nad oceanem. Za mną rozciągają się jeszcze nie odkryte wyspy azteckie. Takim widokiem chyba należy uczcić dzisiejsze zwiedzanie. Schodzę z dachu do kaplicy i wraz z towarzyszem podróży postanawiamy zejść głównymi schodami po zewnętrznej stronie piramidy. Stopnie nie są tak świetne jak kiedyś, toteż przez ostrożne schodzenie tracimy dużo czasu. Kiedy jesteśmy już na dole poważnie się ściemnia. Rozpalamy jeszcze ognisko i dojadamy resztę owoców. Na tym kończy się ten dzień zwiedzania.


Dzień 3

D
uża część następnego dnia upływa na powrocie na żaglówkę i podróży na największą z wysp, gdzie mieściła się niegdyś stolica państwa. Zanim tam jednak dotrzemy na drodze stoi jeszcze jeden punkt - miasteczko Axatitlan, czyli mała nadmorska miejscowość. Leży ono dokładnie po przeciwnej stronie wyspy. Udaje nam się wpłynąć prawie do samego portu (gdyż przy brzegu dryfowały szczątki łodzi, przez które ciężko było się przebić). Jakoś udaje nam się zejść na ląd. Niestety, tutaj doznajemy lekkiego rozczarowania. Wioska prawie zupełnie została zmieciona z powierzchni ziemi. W głąb lądu znajdujemy kilka budynków, w których dobrze ostały się ściany. Najbardziej, może załamujący, widok znajduje się jednak za nimi. Góry.

6oS3BNr1.jpg
Ruinki miasta


Aby dotrzeć do Tlaloc drogą lądową trzeba przez nie przejść. Nie mam już jednak ochoty na podróż morską. Umawiam ze sternikiem, który ma zamiar opłynąć wyspę. Spotkamy się w mieście. Raczej nie będzie zbyt ciężko się odnaleźć. Po prostu wystarczy zawołać - stolica Azteków nie cierpi ostatnio na przeludnienie.
Żegnamy się. Wyruszam w stronę pofałdowanego terenu. Może nie jest to jeden z tych świetnych pomysłów iść lądem, ale czym by była ta podróż bez chociaż małej przygody. Zbieram więc swoje manatki i ruszam.
Z początku podróż jest dosyć łatwa. Lasy są przerzedzone i nie zdążyły je doszczętnie zarosnąć chaszcze. Dopiero pod wieczór napotykam trudności. Las "zgęstniał", a w pobliżu słychać szum rzeki. Znajduję kilka kijów, trochę chrustu i zrywam gęsto "zaliścione" gałęzie krzaków. Buduję jakiś tam szałas i rozpalam ognisko, póki coś jeszcze widzę.

o43FlX97.jpg
Trochę prymitywnie, ale trzeba sobie radzić :)


Mam tylko nadzieję, że nie przyciągnie tu dzika, wygłodniała zwierzyna. Zjadam znalezione owoce i siedzę jeszcze przy ognisku. Mimo trudności jak na razie udaje się wycieczka.


Dzień 4

W
staję i zbieram się. Wbrew pozorom na runie leśnym (mchach i liściach małych krzaczków) całkiem wygodnie się śpi. Przynajmniej takie mam wrażenie po pierwszej w ten sposób przespanej nocy. Ale teraz pora iść dalej.
Po śniadaniu wyruszam w dalszą drogę. Muszę ominąć dość wysoką górę jeżeli chcę sobie oszczędzić na wspinaczce. Pierwszym krokiem w tę stronę jest jednak przekroczenie rzeki. Z jednej strony prąd jest zbyt porywista, a z drugiej głęboki i widać w nim nawet krokodyle. Buduję tratwę i jakoś przeprawiam się pośrodku tych zagrożeń.

50DiPJc0.jpg
Wodospad z jednej strony...
3Ga9l2kB.jpg
...a z drugiej nasz "przyjaciel" :')


Teraz pozostaje już tylko wyruszyć dalej - dookoła góry i do miasta.
Po długiej i trudnej wędrówce docieram do miasta. Widok jest chyba najlepszy ze wszystkich do tej pory. Tlaloc nie jest już oczywiście tak świetne jak kiedyś, jednak robi ono wrażenie. Na drogach widać pozostałości tutejszej cywilizacji. Są tu lektyki, których używano (głównie w mieście) do poruszania się zamiast samochodów. Gdzieś znajduję ozdobne korale lub inną biżuterię "naszyjną". Dochodzę w pewnym momencie do miejsca, które prawdopodobnie było kiedyś portem. Nie jest on tak zniszczony jak w Axatitlan, jednak nie jest znów tak znakomicie zachowany. Kamienne chodniki noszą w sobie uszczerbki i popękania. Zauważam swojego towarzysza i "szofera" witamy się i wyruszamy na dalsze zwiedzanie.
Miasto położone jest na dwóch poziomach - niższy to budynki mieszkalne, biura i część bliższa zwykłym ludziom, wyższa natomiast przypomina coś co w innych krajach nazwalibyśmy starówką, osadą pierwotną, dookoła której osiedlali się ludzie.

0L1osC67.jpg
Tak wygląda piętro niższe


Wdrapujemy się na najstarsze wzgórze. Budynki są tu na prawdę w ruinie widok jest jednak niesamowity. Widać stąd nawet pobliską wysepkę. Nie udamy się tam jednak. Na mapie nie ma poszlak o istnieniu tam większych miast. Nie wiemy nawet czy była kiedyś w większym stopniu zaludniona.

vhrc0as7.jpg
A tak piętro wyższe


Zwiedzamy jeszcze niższy poziom i kilka zachowanych wieżowców-piramid. Na szczycie każdej znajduje się świątynia lub kaplica. W jednym z budynków znajdujemy też obserwatorium. Obok jest oczywiście kaplica, dobrze zachowana ze sprzętem i "artefaktami", czyli między innymi znany kalendarz. Na tym kończymy dzisiejsze zwiedzanie. Wracamy na łódź do portu, pożywiamy się i nie czekając na zmrok wypływamy. Marynarz zgodził się jeszcze wyświadczyć mi jedną przysługę i podrzucić mnie na nowy, już nie tak zapomniany ląd.
Dotacje
1 500,00 lt
Dotychczasowi donatorzy: Siergiusz Asketil, Adrian Maksymilian Józef Alatriste, Helwetyk Romański.
Serduszka
5 034,00 lt
Ten artykuł lubią: Laurẽt Gedeon I, Aleksander Damian von Thorn-Chojnacki, Jeremiasz Winchester, Aga Jacobsen, Albert Felimi-Liderski, Daniel January von Tauer-Krak, Adrian Maksymilian Józef Alatriste, Helwetyk Romański.
Komentarze
Aga Jacobsen
Super! Widoki piękne ;)
Odpowiedz Permalink
Persywald Moncki
Dzięki :D
Odpowiedz Permalink
Peter Axinus
Zapowiada się świetna seria artykułów ;) Z pewnością przybliży młodym Sarmatom, takim jak ja, inne mikronacje i ich historię.
Odpowiedz Permalink
Persywald Moncki
A i sam jako dosyć młody (aktywnie młody) Sarmata przybliżę sobie może tematykę innych v-państw :)
Odpowiedz Permalink
Daniel January von Tauer-Krak
Persywald, polecam Państwo kościelne Rotrii, taki Watykan, chyba jedyne takie państwo.
Odpowiedz Permalink
Persywald Moncki
Dzięki, chętnie się tam wybiorę po powrocie :)
Odpowiedz Permalink
Gotfryd Slavik de Ruth
Powiem krótko, fachowo opisane i przyjemnie się czyta treść...
Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.