Opowieść o magii i władzy cz. 1 [2/2]

Link do: Opowieść o magii i władzy cz. 1 [1/2]

G
dy tylko Ferris i Uttir znaleźli się na zewnątrz zauważyli ogromną rzeszę grodziszczan zmierzających w stronę miejsca katastrofy. Wyglądało na to, że każdy chciał zobaczyć gruzowisko na własne oczy i przyjrzeć się akcji ratunkowej z bliska.
Przyjaciele włączyli się w tłum. Ferris rozejrzał się po okolicy. Hotel, w którym pomieszkiwali znajdował się nieopodal centrum Grodziska, przy niewielkiej, ale za to dość ruchliwej ulicy, otoczonej z obu stron rzędami ciemnobrązowych, ceglanych kamienic. Droga z wybrakowanego i wykoślawionego bruku była szeroka na piętnąście metrów. Po obu jej stronach znajdował się wąski chodnik z małych, kolorowych kamieni ułożonych w barwną mozaikę. Ponad powierzchnią drogi biegł tor kolejki naziemnej, której trasa wiodła przez całe miasto. Podłóżne, ciemnozielone wagony poruszały się w obie strony po szynach o dużej średnicy, podczepionych do estakady wspartej na potężnych, kamiennych słupach. Jeden wagon kolejki miejskiej mógł pomieścić do dwudziestu osób, a jako że tor nie zawsze przebiegał w linii prostej, wagony były skonstruowane tak, aby dzięki specjalnym przegubom wyginać się w czterech miejscach dopasowując się kształtem do linii toru. Cała ta konstrukcja tak, jak i inne wynalazki, które do prawidłowego działania wymagały zasilania, działały dzięki magii.
Magią zwana jest energia, którą można czerpać z dwóch źródeł: z kosmosu lub z żywiołów takich, jak woda, ogień, ziemia i pustka. Badania nad rozwojem sztuki magicznej prowadzi Kongregacją Magii, prężnie działająca organizacja o charakterze państwowym, na której czele stoi arcymag. Zgodnie z tradycją pionierem sztuki magicznej był przybysz z innego wymiaru - Er’andil, który pięćdziesiąt lat wcześniej, w roku 1868 pojawił się na Pollinie. Wiódł on żywot wędrowca, nauczając i uzdrawiając chorych. Po przybyciu do Sarmacji Er’andil zebrał grupę uczniów z zamiarem przekazania im wiedzy o czerpaniu energii oraz wykorzystaniu jej mocy do oddziaływania na otoczenie. Nauki Er’andila zostały ujęte w opasłym rękopisie autorstwa arcymistrza magii Arqueluxa, zwanym Księgą Wiecznego Świtu, zawieracym nauki społeczne, magiczne oraz technologiczne.
Dzięki zdobytej wiedzy uczniowie Er’andila, zwani magami zdołali dokonać wielu przełomowych odkryć. Złotymi zgłoskami w historii państwa sarmackiego zapisał się doktor magii, wizjoner i wynalazca Damasion z Feru. Po uzyskaniu dziesiątków certyfikatów na mniej lub bardziej udane konstrukcje, zbudował rdzeń energertyczny magazujący energię magiczną. Jego wynalazek został certyfikowany przez Kongregację Magii w roku 1885. Taki właśnie rdzeń wprawia w ruch wagony grodziskiej kolejki miejskiej oraz wiele innych maszyn używanych na co dzień przez Sarmatów.

Wiedza magiczna stała się dla jej szafarzy przepustką do władzy. Wiosną roku 1875 arcymag Ondain omamił obietnicami bogactwa i potęgi księcia Sarmacji, Ludwika Spokojnego i przekonał go do finansowego wsparcia nowego i wielce tajemniczego kultu, którego członkowie dysponowali nieznaną dotąd mocą. Nieograniczony przypływ libertów i książęca ochrona sprawiły, że magowie stali się żądni władzy, a ich niczym nieskrępowana działalność doprowadziła do całkowitego spustoszenia Królestwa Brugii, niewielkiego państwa położonego na północ od Sarmacji.
Na krótko przed tym wydarzeniem zmarł książę Ludwik, a władzę przejęła jego żona Eleide, która z niepokojem patrzyła na rosnące zagrożenie ze strony magów. Po spustoszeniu Brugii księżna-regentka dostrzegła szansę na pozbycie się znienawidzonego arcymaga Ondaina, który stracił poparcie nawet we własnej organizacji. Ondain został uwięziony i ścięty, a jego następca Loreian zaprzysiągł wieczyste posłuszeństwo Księstwu Sarmacji. Gdy syn Ludwika i Eleide, książę Ludwik II osiągnął pełnoletność i zasiadł na tronie powołał Kongregację Magii oraz nadał jej status książęcego ciała doradczego, dzięki czemu zapewnił sobie wpływ na wybór połowy jej członków i prawo wglądu w jej prace. W zamian za te prerogatywy przekazał Kongregacji we władanie wyludnione ziemie Królestwa Brugii, nadał znaczne przywileje w państwie oraz ogłosił pioniera magii - Er’andila jedynym bogiem, zakazując dawnych, panteistycznych obrzędów pod groźbą surowych kar.
Trzy dziesięciolecia później pod kontrolą Kongregacji Magii znalazła się praktycznie każda dziedzina życia mieszkańców Księstwa. Ogromny postęp technologiczny poszedł w parze z uzależnieniem od niewielkiej grupy ludzi skupiającej w swoich rękach władzę nad równie życiodajną, co śmiercionośną energią magiczną, napędzającą wysoko rozwiniętą gospodarkę państwa.
Władzę absolutną w Księstwie sprawuje książę Lehimer, uchodzący za władcę narcystycznego i zapatrzonego jedynie w swe majestatyczne oblicze. Z powodu jego nieudolnej polityki wewnętrznej jedność państwa została w ostatnich latach poważnie zachwiana. Władca z umiłowaniem forsuje doktrynę izolacji Księstwa na arenie międzynarodowej. Państwo zajmujące się jedynie swoimi własnymi problemami, szybko straciło na znaczeniu, co natychmiast wykorzystały inne mocarstwa na Pollinie takie, jak Królestwo Scholandii oraz Dreamland. Oba kraje, zainteresowane podtrzymaniem rozkładu Sarmacji, ulokowały na jej terytorium rzesze agentów usiłujących na wszelkie sposoby destabilizować sarmacki aparat państwowy, poprzez ustawiczne podburzanie najbardziej niezadowolonych grup społecznych.

Tymczasem nieprzebrana rzesza ludzi zmierzała powoli w kierunku Placu Sclavińskiego, który pełnił rolę reprezentacyjnego punktu Grodziska. Po wkroczeniu wraz z tłumem na prowadzącą do celu aleję Jedności, Ferris ujrzał centrum miasta w pełnej krasie. Przestrzeń wokół alei zdominowały bogato zdobione kamienice zamieszkane przez fabrykantów, urzędników wyższego szczebla i artystów. Posiadanie lokum w tej okolicy uchodziło za przepustkę do wyższych sfer i prawdziwy powód do dumy. Dlatego co bardziej zamożni Grodziszczanie byli w stanie zapłacić każdą cenę za przestronne mieszkanie w samym sercu miasta, zwanym potocznie kwartałem teatrów. Geneza tej nazwy wydaje się oczywista, gdy tylko rozejrzeć się wokół. Na każdej z okolicznych ulic miały siedzibę co najmniej dwa teatry. Niektóre instytucje mieściły się w wystawnych gmachach, jak na przykład Teatr Narodowy przy alei księcia Lazarusa, albo Teatr Muzyczny Gellonia zlokalizowany w kilkusetletnim, zabytkowym magazynie, porośniętym ciemnozielonym bluszczem.
Nieco mniej zamożni miłośnicy sztuki organizowali performanse w ciemnych i wilgotnych piwnicach wynajmowanych od właścicieli kamienic. Piwniczne teatry szybko zyskały popularność wśród artystów alternatywnych i całej masy różnorakich dziwaków. Członkowie tego niszowego towarzystwa nazywali samych siebie Szczurołapami. Chcieli w ten sposób uhonorować szczury, które były najpospolitszymi mieszkańcami grodziskich piwnic i największą, poza karaluchami, plagą w stolicy. Zwierzęta te stały się tak wielkim symbolem „podziemnej” sztuki, że grupa najbardziej gorliwych Szczurołapów zleciła wykonanie złotego posągu „szczurzego króla", aby składać u jego stóp ofiary z sera i mleka.

Ferris zauważył, że tego dnia oblicze centrum Grodziska było zgoła inne, niż na co dzień. Wszystkie drogi przecinającę aleję Jedności zostały zablokowane przez wojsko, przez co w całym centrum utworzyły się ogromne korki. Dziwaczne, różnokolorowe automobile stały jeden za drugim. Ferris był od zawsze zafascynowany sposobem działania tych maszyn, a także ich niesymetryczną urodą. Były nieco bardziej wydłużone z przodu, aby zmieścić wielki silnik wyposażony w rdzeń energetyczny, będący główną jednostką napędową tych pięknych maszyn. Zmagazynowana w nim energia pozwalała na przejechanie od 200-500 kilometrów, zależnie od pojemności rdzenia. Przednie koła, na które przenoszony był napęd były znacznie mniejsze, niż ogromne koła tylne. Wnętrza pojazdów chroniły przed deszczem płócienne osłony, najczęściej koloru czarnego lub beżowego. Z oddali słychać było gniewne okrzyki kierowców, pomstujących i rzucających obelgi na wszystko dookoła.

Z75X8wxc.png
Źródło: repokar.com

Ferris i Uttir wraz z tłumem dotarli w końcu na plac Sclaviński. Był on wytyczony na planie kwadratu o boku długości dwustu metrów. Pośrodku placu znajdowała się piękna, kamienna fontanna przedstawiająca symbol Sclavinii – wspiętego jednorożca wyrzeźbionego w białym marmurze, usadowionego na podeście ponad powierzchnią zbiornika. Róg i grzywa zwierzęcia wykonane były ze szczerego złota i efektownie błyszczały w promieniach słońca. Wokół okrągłego basenu fontanny zgromadziła się grupka dzieci, próbując wyławiać leżące na dnie, zaśniedziałe monety. Powierzchnię placu pokrywał bruk z szarych i czarnych kamieni ułożonych w rozchodzące się promieniście linie. Wokół placu znajdowały się budynki ważnych instytucji państwowych i kulturalnych. Ponad północną stroną placu górowała siedziba Sejmu Księstwa Sarmacji, a po stronie zachodniej zlokalizowany był, równie potężnych rozmiarów, gmach Opery Narodowej.
Przed trzema laty podjęto decyzję o budowie nowej siedziby ratusza miejskiego, odpowiednio dużego, aby spełniał potrzeby mocno zbiurokratyzowanego magistratu. Zdecydowano, że najlepszą lokalizacją będzie Plac Sclaviński, a konkretnie jego niezabudowana, wschodnia strona. Ogromne nakłady finansowe przeznaczone na realizację projektu opłaciły się. Po trzech latach wytężonej pracy i dogłębnego wydrenowania kasy miejskiej zakończono budowę ratusza, który natychmiast został okrzyknięty prawdziwą wizytówką stolicy i najwspanialszą budowlą w całym Księstwie. Ratusz zbudowany został, podobnie jak Sejm i Opera, z białego marmuru. Od podstawy, aż do szczytu wieńczącej go wspaniałej kopuły mierzył czterdzieści dwa metry. Wejście do gmachu było zaprojektowane nader okazale. Droga do ogromnych, spiżowych wrót wejściowych wiodła przez pięćdziesiąt pięć schodów w górę, a następnie poprzez portyk, nad którym górował dach wsparty na dwóch, misternie rzeźbionych kolumnach. Fronton ozdobiony był płaskorzeźbami przedstawiającymi poczet książąt Sarmacji wyrzeźbionymi po obu stronach umieszczonego po środku godła państwowego, ponad którym widniała dewiza Księstwa Libertas omnia vincit.
Jeszcze wczorajszego wieczora to arcydzieło architektury cieszyło oczy Grodziszczan i budziło podziw przyjezdnych, aby tego poranka zamienić się w stertę gruzu porozrzucanego po całym placu Sclavińskim, kryjącego ciała osób uczestniczących w ceremonii otwarcia: urzędników, artystów, przedstawicieli władz państwowych, a być może nawet samego księcia Sarmacji. Około godziny dziesiątej rano, z nieznanych przyczyn fasada budynku zaczęła pękać pod ciężarem dachu, a okazała kopuła zapadła się do środka. Po kilkudziesięciu sekundach po dumie Grodziska pozostało jedynie wspomnienie. Obrazu rozpaczy dopełniał widok pięknej fontanny z jednorożcem, znajdującej się w centralnej części placu. Jeden z większych kawałów gruzu, będący wcześniej częścią składową fasady ratusza został z ogromną siłą wyrzucony w kierunku środka placu, trafiając jednorożca prosto w dumnie uniesioną głowę. Zdekapitowany symbol Sclavinii nadal stał we wspiętej pozycji, ale jego głowa rozpękła się na dziesiątki małych kawałków, a złoty róg potoczył się po bruku i zniknął bez śladu. Poza wydzieloną przez służby ratunkowe strefą stały tłumy gapiów, a wśród nich także rodziny ofiar. Jedni zanosili się głośnym płaczem, rwąc sobie włosy z głowy, a inni zachowywali spokój usiłując zobyć jakiekolwiek informacje na temat swoich bliskich uwięzionych pod gruzami.

Na murku fontanny z bezgłowym jednorożcem stał gruby mag, strażnik wiary w boga Er’andila, pioniera i opiekuna sztuki magicznej. Zadaniem strażników wiary było głoszenie nauk Er’andila i ochrona moralności społeczeństwa. Gruby, brodaty mag ubrany był w ciemnofioletową szatę z wyhaftowanym na piersi symbolem magii – ludzkim okiem na tle dwunastoramiennej gwiazdy. Mag zaciekle wymachiwał rękoma i szybko poruszał ustami. Wyglądało na to, że wygłasza płomienną mowę do zebranej wokół niego grupy słuchaczy. Ferris i Uttir podeszli bliżej, aby posłuchać kazania.
- Powiadam wam: Gniew naszego boga, Er’andila jest jak ogień spadający z kosmosu na ziemię, który pali wszystko na swej drodze! Strawi po równo chatę ubogiego i pałac bogacza! Tego dnia, w którym gniew ten spadnie na wasze głowy, nic się nie ostanie! Ogień karzący wypali do korzenia ostatnie źdźbło trawy i wysuszy ostatnie źródło wody, a ziemia okryje się pyłem i mrokiem. Wtedy kto żyw, mówił będzie: Przeklęci jesteśmy my, którzy zboczyliśmy z dróg naszego nauczyciela! I nie będzie nikogo, aby ich pocieszył!
Od zbyt szybkiego wyrzucania z siebie słów mag stracił oddech, a jego twarz przybrała fioletowy odcień. Kaznodzieja przerwał na chwilę przemowę, zaczerpnął kilka głębokich wdechów i kontynuował.
- Ci, którzy jeszcze dzisiejszego poranka uważali się za równych naszemu mistrzowi, Er’andilowi... Ci, którzy rzucili wyzwanie Wielkiemu Architektowi... Leżą tam teraz bez ducha! – Mag wskazał na pozostałości ratusza. - A nasz bóg, nauczyciel i mistrz, który zaszczycił nasz świat swoją obecnością i dał ludziom magię, odniósł dziś triumf nad pyszałkami! On, Świetlisty Er’andil pojawia się gdzie chce i kiedy chce, a nikt nie zna jego dróg! Gdy zaś ukaże się nam ponownie, wezwie swoje wierne sługi i...
Nagle na grubej twarzy maga z głośnym plasknięciem rozbił się pomidor. Mężczyzna stracił równowagę i runął wprost do wypełnionego wodą zbiornika fontanny. Woda rozbryzgła się na wszystkie strony, oblewając stojących bliżej słuchaczy. Z tłumu wyszedł wąsaty mężczyzna, w wieku około sześćdziesięciu lat. Na jego twarzy malowały się gniew i irytacja. Z bojowej postawy i czerwonego pomidora ściskanego w prawej dłoni, można było wywnioskować, że to on zaserwował strażnikowi wiary przymusową kąpiel.
- Zamknij się darmozjadzie! – Wąsacz cedził słowa, jakby usiłował zadać nimi fizyczny ból gramolącemu się z basenu fontanny magowi. – Zamilcz pasibrzuchu! Co nam dał Er’andil, w którego każecie nam wierzyć?! Magię? Dzięki niej uwłaszczyliście się wy! Ogłupiliście ludzi mechanicznymi zabawkami, żeby nie zauważyli jak robicie z nich niewolników! – Mężczyzna wskazał ręką w kierunku centrum. – Wielu z was podróżuje codziennie koleją miejską. A co ją napędza? Energia magiczna! Co oświetla nasze domy? Energia magiczna! Oni mają nas w garści! A wystarczy, że zboczymy z drogi wspaniałego Er’andila i magowie to wszystko nam odbiorą! Jesteśmy narzędziami w ich rękach!
- Prawda! – Zakrzyknął wiekowy jegomość ubrany w zielony surdut. – Przodkowie nasi czcili starych bogów, a my ich odrzuciliśmy! Święte gaje wycięto, a z drewna świętych drzew budy psom zbito! Ta katastrofa to zemsta starych bogów za zdrady, które zadał im nasz naród!
- Przestań pieprzyć, dziadku. – Powiedział znudzonym głosem ktoś z tłumu.
- Dobrze mówi! – Krzyknął ktoś inny.
Gruby mag ogromnym wysiłkiem wgramolił się ponownie na murek i przetarł twarz rękawem. Gdy tylko odzyskał rezon, począł krzyczeć donośnym głosem wskazując palcem to na wąsacza, który cisnął weń pomidorem, to na staruszka, żalącego się nad losem starych bogów.
- Bluźniercy! Dary boga Er’andila to dla was za mało?! Czego wam jeszcze trzeba?! – Mag odczekał chwilę, uspokoił się nieco i kontynuował przemowę łagodniejszym tonem. - Co wam dali starzy bogowie? Byliście ludem słabym i podzielonym. Jednak, gdy Er’andil Sprawiedliwy nawiedził Pollin, nauczył was czynić wielkie dzieła! Wybrał sarmackiego księcia na swego pomazańca, aby zjednoczył swój naród i niósł światło Er’andila na wszystkie krańce świata. – Mag kichnął donośnie, po czym jął mówić dalej. – Wy teraz bluźnicie przeciw bogu! Odrzucacie jego dary! A potężny król Scholandii tylko czeka na wasze potknięcia! Morvan już się buntuje! A i Dreamland poszuka sposobności, aby pozbawić was ziemi! Jeśli odrzucicie Er’andila staniecie się na powrót słabi i podzieleni! Sclavinia, Teutonia, Morvan i Baridas padną łupem obcych mocarstw, a Grodzisk legnie w gruzach i pogrzebie was tak, jak ten pomnik pychy... – Po raz kolejny wskazał na gruzy ratusza. – ...pogrzebał ciała swoich twórców! Jeżeli jednak wytrwacie w wierze w Wielkiego Architekta, pomnoży on wasze zwycięstwa i zmieciecie z powierzchni ziemi waszych wrogów tak, jak to się stało z Brugią, siedliskiem herezji i zgorszenia! Mówię wam to nie jako ja, strażnik wiary, kustosz Belmond z Czarnolasu, ale jako głos samego Er’andila, który rozbrzmierza w moich ustach.
- Ma rację! Bez pomocy magii nie pokonamy wrogów! – Powiedział łysy mężczyzna, z gęstą czarną brodą i wąsami dziwacznie zawiniętymi do góry.
- Oni chcą żebyście tak myśleli! – Ponownie odezewał się wąsacz, miażdżąc dojrzałego pomidora w dłoni. – Zanim pojawił się Er’andil też mieliśmy wrogów, ale nasz kraj nigdy nie był tak słaby jak dziś! Książę jest nieudolny, posłowie wolą obradować w burdelach, a tacy jak on... – skinął głową w kierunku przemoczonego do suchej nitki strażnika wiary. - ...wyhodowali ogromne brzuchy na owocach waszej ciężkiej pracy! Co jeszcze musi się wydarzyć, abyście...
Wąsacz przerwał i odwrócił głowę. Wśród słuchaczy powstało nagle ogromne zamieszanie. Czterech mężczyzn o wysokim wzroście i słusznej posturze przebijało się przez tłum, taranując ludzi stojących im na drodze. Gdy udało im się w końcu przedostać w okolice fontanny, dwóch opryszków stanęło obok maga Belmonda, a pozostali dwaj chwycili wąsacza za ręce.
- Co robicie?! – Krzyknął mężczyzna, próbując wyszarpać się z uścisku i rozmazując resztki zmiażdżonego w dłoni pomidora na twarzy jednego z napastników. – To bandyci nasłani przez magów! Chcą nam zamknąć usta! Ludzie, zróbicie coś! Pomóżcie mi! LUDZIEEEEE!
Na wołanie wąsacza odpowiedziało od razu kilku stojących nieopodal mężczyzn o niezbyt przyjaźnie wyglądających twarzach. Wywiązała się szamotanina. Korzystając z zamieszania ktoś chwycił wąsacza za barki i wciągnął go w tłum. Belmond z przerażeniem obserwował jak dwóch z jego ludzi zostało przewróconych na ziemię i zniknęło w gąszczu nóg.
- Bijcie tę hołotę! – Krzyknął do stojących obok goryli. – Arcymag sowicie was wynagrodzi, jeśli mnie stąd wydosta...
Nie zdołał skończyć, bo ponownie oberwał w głowę przedmiotem rzuconym z tłumu. Na jego nieszczęście tym razem nie był to pomidor, lecz kamień. Mag zatoczył się do tyłu i po raz kolejny wpadł do wody z głośnym pluskiem. Jeden z ochroniarzy wyciągnął zza pazuchy gazrurkę i zamachnął się nią na stojącego najbliżej przeciwnika, trafiając go prosto w bok i łamiąc mu żebra. Widząc to, protestujący tłum pochwycił osiłka i obalił go na ziemię. Mężczyzna, podobnie jak wcześniej dwóch jego towarzyszy, zniknął w gąszczu nóg. Ostatniego z goryli maga ogarnęła panika i nie zważając na nic, rzucił się do ucieczki. Pozostawiony na pastwę tłumu, Belmond klęczał obok fontanny, opierając się o murek. Z rozbitego czoła obficie sączyła się krew.
- Zostawcie mnie! – Wyjęczał w stronę napierającego tłmu. – Jestem Belmond z Czarnolasu, strażnik wiary i głos Er’andila. Kto podniesie na mnie rękę, narazi się na nieposkromiony gniew naszego boga! Jeżeli myślicie, że...
Nim jeszcze mag zdążył uraczyć tłum kolejną groźbą, rozległ się dźwięk wystrzału. Okrzyki ucichły. Plac został otoczony przez kordon wojska. Mundurowi wycelowali strzelby wprost w tłum. Na przodzie stał dowódca trzymający tubę wzmacniającą głos. Przyłożył ją sobie do ust i zapowiedział:
- Mieszkańcy Grodziska! Poddani Najjaśniejszego księcia Lehimera! Powstrzymajcie swój gniew i rozejdźcie się do domów! Nikt nie potrzebuje rozlewu krwi! Nikt nie potrzebuje kolejnej tragedii! Powtarzam ponownie: Rozejdźcie się do domów, albo będziemy musieli użyć siły!
Na widok gotowych do szturmu, zwartych oddziałów wojska odwaga opuściła protestujących. Tłum zaczął się przerzedzać. Mag Belmond zdołał wstać i ruszył przed siebie torując sobie drogę rękoma. Bezwładne ciała jego trzech, ciężko rannych goryli, zostały przeniesione w bezpieczne miejsce. Wszystko wskazywało na to, że kryzys został zażegnany i nic nieprzewidywanego już się nie wydarzy.

Uttir i Ferris wraz z kilkudziesięcioosobową grupą gapiów, obserwowali zamieszki z bezpiecznej odległości. Na twarzy Uttira malował się szeroki uśmiech, gdyż zajścia pod fontanną dostarczyły mu sporo rozrywki, a jego radość byłaby jeszcze większa, gdyby sam miał okazję dać komuś w dziób.
- Może podejdziemy bliżej? – zapytał – Wygląda na to, że sytuacja jest opanowana.
Ferris w milczeniu skinął głową. Obaj wolnym krokiem ruszyli w kierunku zrujnowanej fontanny obserwując maga Belmonda zmierzającego z wolna w kierunku kordonu wojska w asyście dwóch umundurowanych żołnierzy, ledwie sunącego obolałymi nogami po bruku.
Złe przeczucia nagle zawładnęły umysłem Ferrisa. W momencie, gdy chwycił Uttira za ramię rozległ się drugi wystrzał. Ferris zobaczył, że Belmond upada trzymając się za skroń. Powietrze przeszył krzyk bólu.
Wśród ludzi zgromadzonych na placu wybuchła panika. Kilku strzelców wypaliło na oślep w kierunku tłumu.
- W nogi! - Krzyknął Uttir i pociągnął Ferrisa za rękaw marynarki z taką siłą, że kawałek błękitnej tkaniny został mu w dłoni.
Biegnąc Ferris odwrócił głowę. Widział latające kule i rannych cywili, dogorywających na bruku w kałuży krwi. Słyszał huk wystrzałów, komendy wstrzymać ogień oraz krzyki spanikowanych kobiet i płacz dzieci. Ludzie rozbiegli się szaleńczo we wszystkie strony. Uttir zniknął gdzieś w tłumie. Ferris był sam... Bał się... Tak jak wtedy, w tej przeklętej piwnicy... Stał osłupiały, spętany strachem, o krok od śmierci...
Nagle poczuł silny ból z tyłu głowy, jak od uderzenia tępym narzędziem... Osunął się na ziemię i stracił przytomność.
Dotacje
2 000,00 lt
Dotychczasowi donatorzy: Antoni Rudnicki, Julian Fer at Atera, Siergiusz Asketil, Adam Jerzy Piastowski.
Serduszka
6 293,00 lt
Ten artykuł lubią: Herman Kolineusz, Antoni Rudnicki, Adunaphel Kovall, Julian Fer at Atera, Siergiusz Asketil, Laurẽt Gedeon I, Daniel January von Tauer-Krak, Adam Jerzy Piastowski.
Komentarze
Siergiusz Asketil
Takiej ściany tekstu już dawno nie było - gratulacje! :x Będę miał co czytać jutro rano... ;-)
Odpowiedz Permalink
Daniel Maksymilian von Schwarz-Saryoni
Dlatego też podzieliłem część 1 opowiadania na dwie... części. :)
Odpowiedz Permalink
Herman Kolineusz
Wspaniale :)
Odpowiedz Permalink
Antoni Rudnicki
Bardzo ciekawy tekst, dość wciągający i obszerny. Gratuluję ;)
Odpowiedz Permalink
Laurẽt Gedeon I
Niezłe czary i fajny długi tekst :)
Odpowiedz Permalink
Julian Fer at Atera
Tekst fany i długi. Gdyby był dwa razy dłuższy to musiał bym czytać na raty ( dobra decyzja ). Pozdrawiam i życzę dalszej weny oraz połamania pióra :0
Odpowiedz Permalink
Adam Jerzy Piastowski
Całkiem fajne, chociaż ja bym wolał, żeby było to podzielone na jeszcze więcej części co by nie trzeba było takiej ściany czytać od razu.

Dobry i solidny opis, różnych miejsc zasługujący na uznanie.

Trochę nie podoba mi się za to tylko zbyt nowatorska technika w latach np 1885 ;)
Odpowiedz Permalink
Daniel Maksymilian von Schwarz-Saryoni
Dziękuję za wszystkie serca i słowa uznania!

@Adam Jerzy Cartonwhisky

Następne części postaram się podzielić tak, aby objętość tekstu nie odstraszała od czytania. A co do techniki, to staram się wpisać w klimat steampunku i oczywiście w kolejnych częściach wyjaśnię jak to wszystko działa oraz skąd różnie wynalazki się wzięły :)
Odpowiedz Permalink
Daniel Maksymilian von Schwarz-Saryoni
A i oczywiście akcja opowiadania toczy się ok. roku 1907, tylko widocznie niezbyt wyraźnie to zaakcentowałem. :)
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.