Puls Sarmatów, Persywald Moncki, 14.03.2015 r. o 13:36
Kiedy Pradziad bywał Dziadem... [cz.1]
Seria wydawnicza: Kiedy Pradziad bywał Dziadem

Artykuł został oznaczony jako Artykuł na Medal.
W
zamierzchłych czasach, kiedy to Sarmacja nie była jeszcze zjednoczona, Gellonia i Starosarmacja były osobnymi krainami, a ludzie wierzyli w dawno zapomniane już bóstwa, na cześć których nadawali ich imiona swoim dzieciom, żył mężczyzna w podeszłym już wieku. Był on pierwszym Gellonem, który nie nosił boskiego imienia - Celius. Nie miał już rodziny, ani potomstwa. Trudził się zawodem rybaka. Nie przynosiło mu to wiele pieniędzy, ale że był człowiekiem dość skromnym, to nie narzekał na niedostatek. Od dziecka uwielbiał ocean. Miał to szczęście mieszkać w jego pobliżu w małej wiosce w okolicach dzisiejszego Fer.
Żeglując na swojej małej łudeczce znajdował samotność w szumie wzburzonej wody. Nie zawsze miał szczęście w połowach, ale za każdym razem i przy każdym, nawet najgorszym sztormie wracał do domu.
W owych czasach ludność nie była jednak tak pokojowo nastawiona jak dzisiaj. Miasta i miasteczka przybrzeżne co i raz stawały się ofiarami ataków pirackich ludów, których dokładnego pochodzenia nikt nie znał. Pewnego jesiennego świtu Celius jak zwykle wybrał się na plażę, aby wypchnąć swój stateczek i wypłynąć w poszukiwaniu spokoju i ryb. Zza horyzontu wstawało leniwie słońce, niczym zaspany człowiek obudzony za wcześnie w weekend. Celius nie widział jednak ogniście czerwonej kuli, gdyż coś mu ją przesłoniło. Z początku wydawało mu się, że to po prostu ogromny ptak, nadludzkich rozmiarów mewa, albo może wzrok mu się psuł. Z czasem jednak ciemna sylwetka robiła się coraz okazalsza i bardziej kształtna. Jeszcze chwila, a starzec wiedział już czym był "ptak".
Poruszały się z niesamowitą prędkością. W ciszy. Nie było słychać krzyków, rozkazów czy wysiłku majtków. Z pozoru wyglądały na opuszczone. Jednakże nadęte czarne żagle i proporce, które byćmoże były kiedyś zielone, bo teraz były brudne i wypłowiałe, nie pozostawiały żadnych wątpliwości co do obecności załogi. Widok ten był wspaniały i jednocześnie przerażający. Pędzące okręty pirackie były już coraz bliżej.
Mężczyzna, nim się obejrzał, już był otoczony, a z burt najbliższych statków wysunęły się działa. Ten przerażający morski lud nikogo nie oszczędzał bez potrzeby, a już na pewno nie próżnował w używaniu najróżniejszych śmiercionośnych maszyn do zabijania nawet najdrobniejszych osób. W jednej chwili w ciemnościach podpokładowych pojawiły się migoczące światełka, a Celius chwicił kawał liny i w ostatnim momęcie wyskoczył za burtę. Moment później mała szalupka zniknęła z powierzchni oceanu zasypana gradem kul aramtnich.
Nim zdążył się wynurzyć z pomiędzy drewnianych szczątków zbóje zdążyli już odpłynąć zostawiając za sobą wielkie fale.
- A żeby was bogowie rozerwali na strzępy - krzyczał jeszcze zrozpaczony Celius. Szybko związał kilka nie rozkruszonych desek, wyłowił resztkę steru i zaczął wiosłować spowrotem do brzegu.
Był wściekły jak nigdy. Złość wzięła górę nad wszystkimi emocjami. Musiał wrócić jak najszybciej do wioski. Nie zdąży już ocalić ludzi, ale może chociaż uda mu się wyprowadzić tych, którzy się ukryli. Musi przynajmniej spróbować. A jak nie, to chociaż rozbić głowy kilku najeźdźcom i samemu zginąć w boju. Tak, nie da się tak łatwo zmieść z ziemi i na pewno nie odejdzie z tego świata sam!

*********************************

D
o brzegu dotarł dopiero wieczorem. Musiał do niego dobić dobre kilka kilometrów dalej niż zwykle, gdyż nie chciał dać się odrazu złapać piratom. Przedzierając się powoli między chaszczami skonstruował sobie prymitywną broń. Wytężał słuch w obawie przed wrogiem i nadzieji, na usłyszenie choćby jednego znajomego głosu.
Późnym wieczorem dotarł do znajomych mu brzózek za jego domem na obrzeżach miasteczka. W powietrzu czuć było swąd spalenizny, krwi, a nawet śmierci. Nad dachami domów unosiły się kłęby dymu i czerwona łuna. Starzec wyłonił się z pośród drzewek i cicho, niczym tygrys szykujący się do ataku, zaczął się skradać. Przypomniał sobie, jak trzydzieści lat wcześniej uciekał pod osłoną nocy, w cieniu chałup z wioski przed poprzednimi najeźdźcami. Postanowił powtórzyć wyczyn, tym razem jednak wchodząc do wsi.
Przed budynkiem rady miejskiej odszukał wzrokiem wielką klatkę. Wszyscy mędrcy zostali uwięzieni i czekali na piracką egzekucję lub wyrok zniewolenia. Postanowił spróbować podejść i uwalonić więźniów.
- Celiusie! - krzyknęła półszeptem przewodnicząca rady. - A więc ocalałeś! Jak dobrze Cię widzieć. W tobie nasza nadzieja.
- Pani, droga starszyzno - powiedział (do starszych od siebie o może kilka lat miejscowych mędrców) - Wybaczcie, że tak długo musieliście czekać. Znam niedaleko stąd kryjówkę; drobny szałas, w którym nikt was nie znajdzie. Powiedzcie mi tylko gdzie znaleźdź klucz do tych przeklętych drzwi.
- Nie, Celiusie, nie możesz nam już pomóc. Wróg nie jest na tyle głupi, aby się nie zoriętować, że uciekliśmy. My już jesteśmy straceni. Ale możesz ocalić innych swoich pobratymców i sąsiednie wioski. Ci wandalowie zabawią prawdopodobnie jeszcze kilkanaście dni u nas, a następnie złupią i zgwałcą sąsiednie osady. W tobie nasza i ich nadzieja.
- Cóż mam za tem czynić Pani?!
- Jest jeden sposób na to. Według najstraszych legend bogowie po sprowadzeniu ludu na te ziemie...
- Znam te przekazy. Ale czy to może być prawda? Czy rzeczywiście bogowie stworzyli armię na Górze Dziad*, aby chronić swój lud?
- Celiusie, jesteś mądrym człowiekiem, więc wiesz, że nikt nie wie, czego się spodziewać na szczytach gór. Jednakże to nasza ostatnia szansa na przetrwanie. Ale ruszaj już i nie zwlekaj! Za stodołą powinien znajdować się jeszcze jeden koń. Weź go i jedź w stronę gór.
Starzec chwilę jeszcze stał patrząc to na zwierzchników, to na pręgież, przy którym zbóje biczowali znane mu osoby. Potem odwrócił się i zgięty w pół odbiegł w stronę stodoły....

*Dziad - Góra Pradziad w dawnej lub ludowej gwarze


Od autora: Dziękuję za przeczytanie mojego pierwszego artykułu i mam nadziję, że się podobało. Działam tu od stosunkowo niedawna, więc nie znam jeszcze dokładnie historii i obyczajów sarmackich. Wszelkie podobieństwa do inny
ch artyku
łów, imion etc. j
est przypadkowe.
Serduszka
11 815,00 lt
Ten artykuł lubią: Rihanna Aureliuš-Sedrovski, Laurẽt Gedeon I, Krzysztof St. M. Kwazi, Julian Fer at Atera, Wincenty Wałachowski, Młynek Kawowy, Remigiusz Lwowski von Hochenhaüser, Paulus Buddus, Calisto Norvegicus-Chojnacka, Aleksander Damian von Thorn-Chojnacki, Andrzej Fryderyk, Gerlfrad von Stercza.
Komentarze
Persywald Moncki
Serdecznie przepraszam za wszystkie przesunięcia tekstu, ale to mój pierwszy artykuł. Mam nadzieję, że w następnych już się to nie pojawi
Odpowiedz Permalink
Remigiusz Lwowski von Hochenhaüser
"Miał to szczęście mieszkać w jego pobliżu w małej wiosce w okolicach dzisiejszego Fer." - ubiegając Ignaca - pisze się "Feru"
Odpowiedz Permalink
Laurẽt Gedeon I
Jak na pierwszy artykuł dla mnie bomba. Tak trzymaj i nie poddawaj się zbytnio sugestiom innych, bo nie zawsze piszą żeby pomóc :D
Odpowiedz Permalink
Julian Fer at Atera
Cytuję:
Jak na pierwszy artykuł dla mnie bomba. Tak trzymaj i nie poddawaj się zbytnio sugestiom innych, bo nie zawsze piszą żeby pomóc :D

Ciężko coś dodać - fajny :D
Odpowiedz Permalink
Persywald Moncki
@Remigiusz Lwowski
Dziękuję za poprawkę ;) każda, nawet najmniejsza jesteś mnie cenna
@Laurencjusz, @Julian
Dzięki za wsparcie, mam nadzieję utrzymać poziom do końca powieści :D
Odpowiedz Permalink
Persywald Moncki
@Remigiusz Lwowski
Dziękuję za poprawkę ;) każda, nawet najmniejsza jesteś mnie cenna
@Laurencjusz, @Julian
Dzięki za wsparcie, mam nadzieję utrzymać poziom do końca powieści :D
Odpowiedz Permalink
Paulus Buddus
o zapowiada się ktoś naprawdę sensowny
Odpowiedz Permalink
Calisto Norvegicus-Chojnacka
Świetny debiut :) Czekam na następne części :)
Odpowiedz Permalink
Persywald Moncki
To chyba jeszcze dzisiaj muszę się zabrać za dalsze części, póki wena mi nie uciekła ;D
Odpowiedz Permalink
Aleksander Damian von Thorn-Chojnacki
Witam w szeregach Pulsu Sarmatów :D
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.