Gazeta Teutońska, Roland Heach-Romański, 27.09.2013 r. o 11:38
[KONKURS MDN] Więzienna rzeczywistość cz. 6.
Seria wydawnicza: Więzienna rzeczywistość

1N8jD71K.png
Rozdział VI
Krwawe ścieżki...

Dookoła panowała głucha ciemność. Wszystko wydawało się jednolicie szare. Oczy miło przyjmowały kojący szał zapomnienia, no i ta cholerna, mrugająca każdego dnia jarzeniówka w końcu przestała mrugać. Sen w tym miejscu nie był niczym szczególnym. Co i rusz trzeba było odpędzać nogami coś futrzastego, co małymi pazurkami drapało po skórze nóg. Z czasem nauczyłem się też rozróżniać czy była to mysz, czy szczur tylko po tym jak wielką siłą trzeba było kopnąć tę bestię, by się jej pozbyć.

Normalną rzeczą były tu odgłosy cichych pisków i systematycznych uderzeń o ścianę. To taki miejscowy rytm, wyznaczający melodię całego bloku D. Deratyzacje co prawda przeprowadzano regularnie, ale tylko i wyłącznie w kabinach pracowniczych, korytarzu i sanitariacie. Cele przecież nie są w interesie władz więzienia. Nie sprzątano ich, nie dbano o nie. To dom więźnia, niech on się troszczy o swój dom. Właśnie kopnąłem szóstą tego dnia już mysz (ilość szczurów pozwolę sobie pominąć, bo jak wiecie nie bardzo lubię duże, włochate gryzonie) kiedy usłyszałem na korytarzu niepokojący stukot ciężkiego obcasa. W pierwszej chwili pomyślałem, że to najpewniej wały nocnej zmiany idą po jakiegoś obdartusa z celi obok, by nieco go popieścić, na różne sposoby, zależnie od chęci własnych i aparycji skazanego. Myślicie, że to makabryczne? Zdziwilibyście się jak wielu więźniów było zgwałconych w czasie mojego pobytu, przez różne wały.
cela-wiezienna-zw-114937.jpg

Korytarz skryty był pod płaszczem całkowitej czerni, nie paliła się nawet latarka. Wszystko zorganizowane tak, by kamery (zazwyczaj i tak wyłączone) nie mogły niczego uchwycić. Teraz, z perspektywy lat jestem w stanie powiedzieć wam, że działo się to w konwencji tajemniczego thrillera, ale kiedy byłem tam, w zimnej, zawilgotniałej celi, to, że kogoś zabierali po omacku nie wzbudzało takiego poruszenia jak w was, gdy podobne sceny widzieliście na filmach. Przesłuchania nocne były nielegalne, taśmy nie mogły niczego uchwycić. Nie pisało się protokołów, a jeśli już to z dzienną datą.

Kroki jednak narastały. Coraz bardziej i bardziej wyraźne pojedyncze odgłosy marszu sprawiały złudzenie, że celem wędrówki tego trepa będzie moja cela. Każdy więzień pociesza się, o zgrozo jak narcystycznie, że odgłos chodu najpierw będzie stawał się coraz mocniejszy, a potem rozmyje się we mgle oparów smrodu. Słowem, że wał celę ominie i już nie wróci do niej tej nocy.

Kroki ucichły. Byłem bardzo zdezorientowany, nie wiedziałem co mam robić dalej. Modliłem się wtedy do Zera, do Bravo, do Wandy i zapewne do wszystkich Diuków, o to, by nie usłyszeć głosu przekręcanego zamka, by nie mieć w uszach dźwięku rozsuwanych zapadek i ocierającego o metal szczęku klucza. Nie usłyszałem tego... jakże płowa i krótka była moja radość, gdy drzwi i tak się otworzyły, z charakterystycznym dla mojej celi pojękiwaniem. (Ktoś by mógł je do cholery naoliwić w końcu!)

- Heach? - zapytał dziwnie znajomy głos

- Tak – odparłem krótko, tak jak mnie uczył Lepki.

Mężczyzna zrobił kilka kroków w przód. Teraz światło księżyca padało na jego bladą twarz, nieco rozświetlając całość, w bardzo majestatyczny i groźny sposób.

- To ty! - szybko odparłem. - Masz zamiar się mścić?

- Gdyby to ode mnie zależało, leżałbyś już spałowany, tetuński psie, za wiele krzywd mi wyrządziłeś, bym mógł zaprzepaścić taką okazję na zemstę – jego ręka uniosła się nieco, druga zakamuflowana w cieniu uderzyła mnie prosto w brzuch. Jęknąłem kuląc się. - Niestety, moi mocodawcy opłacili mnie w nieco innym charakterze. Ograniczę się tylko do tego jednego uderzenia – podniesiona do góry ręka opadła bardzo mocno na moją twarz. - Na tyle mi pozwolono.

- Jacy mocodawcy? Kto do cholery?!

- Masz tu przyjaciół, Heach, masz ich dość sporo. Moim zdaniem całą tą waszą bandę trzeba by powiesić za jaja na murach Almery, a nie karmić pierogami. No ale płacicie przynajmniej solidne łapówki – w tym miejscu zaniósł się śmiechem. - Hahahahaha, łapóweczki wasze, bez nich nie byłbym w stanie wyżyć do pierwszego. Wiesz jak drogi jest rum?

- Dla kogo pracujesz?

- Zawrzyj japę. Mam zlecenie na ciebie, tylko tyle powinieneś wiedzieć. Mam cię stąd zabrać, nie miałem być jednak miły.

Po tych słowach poderwał mnie w górę. Wyszedłem z celi, trep za mną. Co ty kręcisz Vincis, pomyślałem, dla kogo pracujesz? Tysiące myśli w głowie. Dookoła panowała głucha ciemność. Wszystko wydawało się jednolicie szare. Oczy miło przyjmowały kojący szał zapomnienia, no i ta cholerna, mrugająca każdego dnia jarzeniówka w końcu przestała mrugać. Sen w tym miejscu nie był niczym szczególnym. Co i rusz trzeba było odpędzać nogami coś futrzastego, co małymi pazurkami drapało po skórze nóg.

- Zabiorę cię teraz tajnym korytarzem służby więziennej – wykrzywił mi ręce za plecami i skuł je kajdankami. - Sam rozumiesz, że nie możesz iść luzem. Musisz być nieco poobijany i skrępowany. Jesteś przecież gównem, Heach. Takim zielonym, krowim łajnem.

Mówiąc to przyglądał mi się dość dokładnie. Trzymając palcami za brodę, przekręcał moją twarz to w lewo, to w prawo. Uśmiechną się szyderczym wykrzywieniem mordy.

- Ujdzie. Obity jesteś w miarę, można by co prawda co nieco poprawić – dostałem kolejny cios, tym razem z pięści w prawy policzek. - no, teraz jest idealnie.

Szedłem początkowo znanym mi bardzo dobrze korytarzem. Chodziłem nim każdego dnia na spacerniak, gdzie Lepki wykładał mi socjologię więzienną. Swoją droga to było dziwne, że tak od ręki przenieśli go do celi PTRa. Zaczynałem nabierać podejrzeń, gdy nagle mocne szarpnięcie ręki Vincisa odebrało mi zdolność myślenia. Skręciliśmy w mały korytarzyk po lewej stronie. Wąska ściezka zdawała się ciągnąć w nieskończoność, jak gdyby była budowana w duchu zeryzmu absolutnego. Ledwie co mieściłem się między obskurnymi ścianami. Tutaj już jednak paliły się pojedyncze lampy podwieszone na suficie.
kostnica425.jpeg

Levengothon leżał rozwalony na fotelu. Po policzku spływały mu dwie stróżki krwi. Oddychał, ale był nieprzytomny. Dopiero potem rozejrzałem się po pomieszczeniu. To była sala monitoringu więziennego. Biurko, jakie miał przed sobą Naczelnik, usłane było stosami wniosków. Najbardziej w oczy rzuciły mi się dwie pieczątki: dan i spierdalaj. Zastanawiałem się, jak zapatruje się na nie prefekt generalny. Wywołało to u mnie usmiech.

- Markiz nie chciał współpracować, więc cóż... - urwał Vincis. - Mam nadzieję, ze znajdą go do rana, nim krew mu się skończy w żyłach.

- Coś ty mu zrobił? - zapytałem jakby z automatu. Coś jak wklejki w dziale powitań.

- Jebnąłem mu pałką przez plecy i zrobiłem małe nacięcia za uszami.

Miałem tylko jedną myśl. Vincis nie był tak głupi na jakiego wyglądał.

Dookoła panowała głucha ciemność, przerywana pojedynczymi światłami neonów. Wszystko wydawało się jednolicie szare. Oczy miło przyjmowały kojący szał zapomnienia, no i ta cholerna, mrugająca każdego dnia jarzeniówka w końcu przestała mrugać. Nadal jednak co i rusz trzeba było odpędzać nogami coś futrzastego, co małymi pazurkami drapało po skórze nóg. Opuściliśmy salę kontroli więźniów dość szybko. Większość monitorów i tak tam śnieżyła, a co czwarty był po prostu wyłączony. Szliśmy już o wiele szerszym korytarzem. W oddali było słychać stękania, pojękiwania i krzyki. Pomyślałem sobie, że robi sobie ze mnie jaja, że prowadzi mnie na zwykłe przesłuchanie, albo, że jakiś mój wróg, a tych mam na pęczki, zechciał się „zabawić”.

Weszliśmy do ogromnej sali. Po prawej i po lewej stały trzy zestawy łóżek szpitalnych, a przy nich instrumentalia chirurgiczne. Wszystko oświetlone dokładnie z góry wielkimi lampami, o okrągłym kształcie. W dalekim koncie stała masywna klatka. Wytężyłem wzrok. Nogi ugięły się pode mną. W nozdrzach poczułem obrzydliwy smród. Na zimnym betonie tej niby-celi leżała Lanigiria von Guardenz, całkiem naga, posiniaczona i pełna dziwnych, drobnych nacięć na skórze. Nieopodal niej stało wiadro, do „załatwiania potrzeb”. Ten sam kotooki, który mnie przesłuchiwał stał nieopodal przy jednym ze stołów chirurgicznych, zdejmując purpurowe już poszewki z pościeli. Nieznana mi do dzisiaj postać zabrała zaś wszystkie przyrządy. Widziałem tylko, jak i tym razem sam podpisuje protokół z własnego przesłuchania. Ponownie poczułem gniew i wzgardę.

- Kiedy przyniosą mi Markusa? - zapytał siedzący pod oknem prefekt generalny, czytając coś o tajemniczym tytule „Chuje, kurwy, dupy i inne wyrazy zbrodni sarmackiej na języku polskim – jak walczyć, Tom 1.” Do dziś się zastanawiam, jak to jest, że przeczytałem cały ten tytuł w półmroku?

- Za dziesięć minut, wasza książęca wysokość.

Na szczęście Vincis poprowadził mnie dalej. Ponownie weszliśmy w korytarz dość wąski i niewygodny do podróżowania. Almerski gwardzista mocno ściskał moje ramie. Pochylał mnie też, aby uwiarygodnić swoją rolę strażnika. Ja wiedziałem jednak, że było to tylko zmuszanie mnie, do kroczenia w bardzo męczącej, niewygodnej pozycji.

- Co tak wolno, plażo? Słupów ci zabrakło?! - usłyszałem znajomy głos. – Został nam niecały kwadrans. Wiesz co będzie jak nasz spiseq wyjdzie na jaw?

- Masz swego syneczka, już go prowadzę.

Drzwi rozwarły się, ujrzałem spacerniak.

Dookoła panowała głucha ciemność. Wszystko wydawało się jednolicie szare. Z nieba lała się woda strumieniami. Gęste chmury co i rusz rozświetlały serie błyskawic, rozchodzących się śród kropel wody tysiącami gęstych pajęczyn. Grzmoty skutecznie wszystko zagłuszały. Twarz Pauliny była jednak radosna.

- Rozkuj go! - wrzasnęła.

- Jeszcze nie mogę! - odparł.

Ruszyliśmy dalej. Ze zdziwieniem patrzyłem na oczy mojej matki, teraz bardzo duże i serdecznie roześmiane. Patrzyłem też na ogromne piersi, dokładnie odrysowane na przylegającej do ciała, mokrej koszulce więziennej. Serdeczny uśmiech nie znikał nic a nic z jej twarzy. Włosy lśniły w tysiącach niebiańskich błysków. Z czubka nosa i brody kapała woda. Zimny deszcz powodował ciarki na plecach. Chyba nigdy wcześniej i nigdy później moja matka nie wydała mi się zajebistrza niż w tamtym, pamiętnym momencie.

- O co chodzi? - zapytałem.

- Lepki nie mógł ci tego powiedzieć, bo wiesz ryzyko i tak dalej. Od pewnego czasu napierdalaliśmy podkop ze starej szopy na zewnątrz. Radziecki był w stanie wynosić piach całymi tonami, wiesz, że ma gdzie ukryć róże rzeczy. Lepki jest mózgiem całego tego spierdalania. Ma plan i go realizuje.

- Czyli uciekają tylko wtajemniczeni? A ja czemu?

- Nie zostawię syna. Jestem może fochliwa, ale nie wredna, do cholery, zrobiłbyś to samo. Poza tym mam dość tego konfliktu gellońsko-teutońsko-wandejskiego. No i jesteś czwarty na mojej zamkniętej liście zajebistości.

Szliśmy dość szybko w stronę małego drewnianego domku ulokowanego na uboczu parku. Przed drzwiami, ze szpadlem w dłoniach czekał Adrien da Firenza (nie wiem do dzisiaj jak udało mu się uciec z karceru. Być może też jakiś przekupiony strażnik go wyprowadził.). Jego włosy nieco się kręciły od wilgoci. Szopa była naprawdę stara. Deski ledwie się trzymały, dachówki były popękane i co i rusz coś się od niej odrywało, noszone dalej na wietrze. Almerski „szpadel” załomotał w drzwi. Z wnętrza wyszli pozostali. Firenza gdzieś zniknął.
4ffa79ffc9c53_p.jpg

Moim oczom ukazali się Katiuszyn Rewoluty Lepki, Prezerwatyw Tradycja Radziecki, Ryszard Paczenko i Kim Ciąg Sut. Łącznie zatem uciekać nas miało siedem osób, czyli jakieś trzy czwarte całego bloku D. Lodowate krople deszczu gęstymi potokami spływały mi po policzkach, czole, skapując na skraju szczęki. Włosy mocno oklapłe, dokładnie lepiły się do skóry.

- Jesteś w końcu. Vincis, rozkujcie towarzysza Heacha – głos Katiuszyna był nad podziw wzburzony, jakbym nie miał być już skuty, na tym etapie planu.

Vincis błyskawicznym ruchem reki wziął mnie pod brodę, za szyję, odciągnął głowę do tyłu, drugą ręką trzymał ostry, wojskowy nóż przyłożony do mojego gardła. Kim szybkim krokiem zaczął się wycofywać w stronę szopy. Po kilku sekundach, już go nie było. Radziecki chciał coś powiedzieć, ale ostry grzmot zagłuszył go. Najmocniejsza tej nocy błyskawica przecięła niebo. Gwardzista mocnym kopnięciem obalił moją matkę na ziemię. Paulina upadła w błotnistą kałużę.

- Co wy odpierdalacie?! - zakrzyknął wyraźnie już wściekły Psor.

- Mam okazję odpłacić temu szarlatanowi za wszystkie krzywdy. Mam okazję rozwalić mu gardziołko i wypruć flaki na oczach jego matki, dziadka i przyjaciela z celi. Cóż można więcej chcieć od życia?

- Jesteś popaprany – powiedziałem. Zaśmiał się, donośnie i dosadnie.

- Spierdalaj kurwo – krzyczał Radziecki, chcąc zwyczajowo, po swojemu, poprosić o odejście. Czynił to nad wyraz kulturalnie biorąc pod uwagę, że chodziło o jego wnuka.

- Towarzyszu Władysłwaie, wiecie, że nawet jeśli wam się uda zrobić to co planujecie, nie damy wam się stąd odejść w jednym kawałku? Macie moje słowo, jeśli teraz puścicie Rolanda, my pozwolimy wam odejść.

Ostrze noża przejechało po moim policzku znacząc go długą rysą. Vincis spojrzał złowieszczo na zataczającego koło Paczenkę.

- Jeszcze jeden krok, a wpierdolę mu ten nóż przez skroń, by potwierdzić, że skurwiel nie ma niczego w tej swojej tykwie na patyku. Zabrał mi miłość życia, zabrał mi szacunek, majątek, a wy go bronicie! Was też zajebie, zawołam strażników. Będą do was strzelać jak do kaczek!

Zasyczałem. Lepki zamarł w miejscu, Radziecki nadal klął jak szewc. Paulina leżała zrezygnowana w kałuży. Czułem, że powinienem teraz mówić o niej Paulina|dol, ale nie wypada mi tak mówić o kobiecie, która uratowała moje życie. Rozdzierająca się skóra policzka bolała o wiele bardziej niż wszystkie wcześniejsze katusze jakim mnie poddawali. W tamtej chwili już nie zastanawiałem się czy przeciągnie mi swoją brzytwą po gardle, ale kiedy. Nagle Vincis jęknął. Za plecami usłyszałem ostry łomot. Zebrani wybałuszyli oczy.

- To napaś... - zaryczał przeraźliwie mój niedoszły morderca.
wp_noz_kuchenny_kowalewski_600.jpeg

Adrien zakradł się od tyłu. Czyżby Lepki i to przewidział? Czy dlatego nie starał się ostrzej negocjować z wałem? Pewnie tak. A może Firenza sam się domyślił o co może chodzić. Sam doskonale znał przecież Władysława. Cios szpadla okazał się celny. Vincis stracił przytomność momentalnie, zachwiał się. Poczułem ukłucie, po czym moim oczom ukazała się sikająca krew. Chciałem złapać się rękoma szyi, ale nie mogłem. Cały czas miałem je skrępowane kajdankami. Deszcz lał się niemiłosiernie. Zimne krople, mieszały się z łzami i czerwienią moich tętnic. Postąpiłem kilka kroków w przód i przewróciłem się. Almerski gwardzista opadł na mnie. Poczułem chrupnięcie w kościach nóg.

- Na Wandę - zaryczała Paulina, rzucająca się na kolanach w moją stronę. Adrien odrzucił leżącego na mnie Vincisa, przewrócił go na plecy i zmierzył mu puls. - Nie dam ci umrzeć w tym gnojowisku!

Odwróciła mnie na plecy. Krew sikała jak fontanna w ciepły letni dzień w centrum Czarnolasu. Ja oczyma duszy widziałem już złotogrodzkie pola. Mama zdarła z siebie ogromny kawał koszuli, obnażając niemalże lewą pierś. Złożyła tak uzyskaną chustę w dość gruby kwadrat i przycisnęła go do mej szyi najmocniej jak mogła. Zobaczyłem jeszcze Lepkiego, padającego przy mnie na kolana. Krzyczał coś. Firenza i Paczenko nagle zniknęli w czeluściach szopy. Radziecki ciągnął Vincisa w pobliskie krzaki. Spojrzałem w niebo. Ukwiecone było tysiącem łun błyskawic rozświetlających ciemnoszare obłoki. Myślami wędrowałem w stronę Czarnolasu, w stronę chaty mojej żony. Myślami obejmowałem Ivette.

- Ko... cham cię... - wycharczałem. Oczy same mi się zamknęły. Nie pamiętam kiedy zasnąłem.

Ostatnia rzecz jaką pamiętam, to łzy mojej matki. Dookoła panowała głucha ciemność. Wszystko wydawało się jednolicie szare. Z nieba lała się woda strumieniami. Gęste chmury co i rusz rozświetlały serie błyskawic, rozchodzących się śród kropel wody tysiącami gęstych pajęczyn. Grzmoty skutecznie wszystko zagłuszały. Ja już nie czułem nic.

Złoty Gród, 2013


ZJ11mz6Y.png
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
3 293,00 lt
Ten artykuł lubią: Siergiusz Asketil, Tytus Aureliusz-Chojnacki, P.N.W, Jack von Horn, Katiuszyn Rewoluty Lepki, Krzysztof St. M. Kwazi, Prezerwatyw Tradycja Radziecki.
Komentarze
P.N.W
Przeczytałam to, i myślę, że jednak Złotego Karakachanowa towarzyszowi dali przez pomyłkę.

Za to opowiadanie, winniście dostać co najmniej trzy Złote Karakachanowy, nie mniej.
Permalink
Roland Heach-Romański
Ogarnijcie się. To podobno i tak jest smutna kopipasta... :(
Odpowiedz Permalink
P.N.W
Apropo smutnych kopipast – to dzieło koniecznie musi wylądować w Bibliotece Narodowej w Precelkhandzie. Chyba pójdę i je tam zaraz przekleję.
Permalink
Roland Heach-Romański
Paulina wstrzymajcie się :) Ja to opracowuję w formie PDF. :P
Odpowiedz Permalink
P.N.W
Ups, za późno
Permalink
Gotfryd Slavik de Ruth
Witam
Dlaczego takie smutne zakończenie
Proszę o drugą wersje poprawianą z szczęśliwym zakończeniem :)
Nie mniej mimo wszystko dobrze to się czytało i wciągająca akcja...
Jak na polityczny kryminał-dreszczowiec.
Permalink
Katiuszyn Rewoluty Lepki
Sławomir czemu smutny? Przecież z wcześniejszych wypowiedzi wiemy że Roland przeżył i się wydostał.

Ogólnie świetne i epickie.
Permalink
P.N.W
Kurde, czytam ten rozdział już trzeci raz. Jeszcze nigdy obcowanie z takim kunsztem literackim nie sprawiało mi takiej przyjemności!
Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.