Gazeta Teutońska, Roland Heach-Romański, 19.09.2013 r. o 13:07
[KONKURS MDN] Więzienna rzeczywistość cz. 3.
Seria wydawnicza: Więzienna rzeczywistość

1N8jD71K.pngRozdział III
Rozmowy o świcie...

Migająca na suficie jarzeniówka błyskała tysiącem świateł i odcieni. Impulsywne i długie serie promyków przemierzały salę dogłębnie, szukając rozpaczliwie miejsc, gdzie jeszcze nie udało im się upaść. Te nieliczne punkty cienia jakie były dookoła rozsiane po całym pomieszczeniu stały się teraz głównym celem exodusu wszelkiego rodzaju robactwa. Pielgrzymki mrówek i innych insektów maszerowały długimi korowodami wzdłuż pęknięć posadzki. Mięśnie nadal mnie bolały, ciało miałem opuchnięte, a oczy rozmarzone i przekrwione. Widziałem niewiele, ale widziałem. Mówić też już mogłem, ale nie była to jeszcze pełna swoboda. Kiedy się obudziłem i usiłowałem przekręcić na bok towarzysz Lepki leżał siedział za stolikiem i pukając palcem w blat spoglądał daleko przez okratowane okno. Kilka dni potem miałem się dowiedzieć, że w więzieniu każdy ma swoją ksywkę, swój pseudonim, jakim się do niego zwracają, a jaki nadawany bywa przez tutejszego guru. Towarzysz Lepki zwany był w grypsie Psorem. Nie wiem czy to przez skłonności do długich debat o człowieczeństwie i postawach w nim panujących, czy przez słownictwo jakiego używał. Być może wydał się tutejszym osadzonym mądrym człowiekiem. Jego spojrzenie było wesołe, jakby wspominał co zrobił, jak gdyby wracał do przyczyny tego, że dziś siedzi na tym drewnianym taborecie, wytartym i oznaczonym symbolem jakości „Kakulski tu był”. Nie frapował go żal, a przynajmniej nie dawał tego po sobie poznać. Zdawało mi się, że rozpiera go duma. Kiedy zauważył, że już nie śpię i patrzę się na niego, na jego twarzy wymalował się szeroki uśmiech. „Wypierdalać towarzyszu Heach” powiedział lekko i rześko. Nie byłem w stanie odpowiedzieć nic. A może po prostu nie chciałem? Teraz z perspektywy czasu mam co do tego poważne wątpliwości.

Migająca na suficie jarzeniówka błyskała tysiącem świateł i odcieni. Impulsywne i długie serie promyków przemierzały salę dogłębnie, szukając rozpaczliwie miejsc, gdzie jeszcze nie udało im się upaść. Całą salę wypełnił przeraźliwy gong. Po stronie korytarza zapaliło się czerwone światełko, zaś zamki drzwi - wydało mi się, że uległy rozluźnieniu. Nagle w celach zapanowało żywe poruszenie. Bluzgi narzekań mieszały się z cichymi charchami spluwania, złorzeczenia światu i wszystkim jego aspektom. Słowem zaczęły się poranne „kurwy”. Na korytarzu również zrobiło się głośniej. Słychać było szczekanie psów i stukot ciężkich butów. Domyśliłem się, że był to stukot kroków strażników. Potem dowiedziałem się, że na strażników wołać należy „wały”.
bawo_170206_-03.jpg

Wały chodziły zazwyczaj grupkami po trzech. Wał najwyższy rangą prowadzał na smyczy wilczura. Zawsze prowadzano tu wilczury, nie wiem skąd ich tyle wzięli, ale wynikało to chyba z tego, że najbliżej im było do wilków, były najdziksze i nieokiełznane, a przez to, w pościgach za uciekinierami, niezwykle skuteczne. Pozostali dwaj strażnicy łazili zwykle naprzemiennie z gumowymi pałkami, lub też karabinami. Częściej jednak z orężem białym, wszak dawało ono o wiele więcej radości niż zwykłe strzelanie do więźniów. Wały miały w zwyczaju przechadzać się na nocnej zmianie wzdłuż cel i obijając o kraty budzić więźniów. Potrafiły też urządzać pobudki przed wschodem słońca, chyba tylko dlatego, że nudziło im się bardzo. Nie muszę chyba wspominać, że więźniowie „kochali” strażników nad życie...

Migająca na suficie jarzeniówka błyskała tysiącem świateł i odcieni. Impulsywne i długie serie promyków przemierzały salę dogłębnie, szukając rozpaczliwie miejsc, gdzie jeszcze nie udało im się upaść. Ja zaś usiłowałem podnieść się z łóżka. Możecie domyślić się jak komiczne, lub tragiczne to musiało być, jak straszne. Myślę, że w tamtej chwili przypominałem żółwia przewróconego na plecy, z tą jedną różnicą, że żółw ma swoje sposoby by wrócić do właściwej pozycji, a ja... a ja nie. Ja byłem bezradny wobec swojego ciała. W tamtym czasie długimi bezsennymi nocami rozmyślałem na tym czym jest bezradność. Często dochodziłem do wniosku, że chyba nie ma rzeczy gorszej dla człowieka jak poczucie i świadomość, że nie można już nic zrobić i nic nie zależy od nas. To zniewala myśli i plącze uczucia, wyciska łzy, które najpierw drobnymi stróżkami, potem jednak coraz to bardziej rwącymi potokami spływają po policzkach w znaku desperacji i popychają nas do rzeczy nie zawsze słusznych. Z najgorszych zaś rodzajów bezradności wyróżniłem jeden szczególny – bezradność wobec ludzkiego życia.

Psor, widząc, że nic nie będzie z moich prób rozpaczliwego podniesienia się, podszedł do mnie, chwycił mocno za ramie, drugą ręką przepasając w tułowiu i łapiąc pod pachą, poderwał mnie znaczącym ruchem w górę, sadzając na łóżku. Coś w plecach jakby mi pękło, coś w brzuchu jakby się przelewało, głowa nagle stała się cięższa niż przypuszczałem. Niemniej siedziałem teraz na łóżku i czułem, że postawić pierwsze kroki będzie już łatwiej. Nie myliłem się jednak z równowagą było gorzej, ale narzekać też nie mogę bo dostałem od strażników kulę do podpierania. Jedną, krzywą, zbyt krótką kulę, która bardziej mi wadziła niż pomagała. Lepki wyraźnie zaskoczył się, gdy jego gest dobrej woli skwitowałem uśmiechem. Jakby nie spodziewał się wyrazów wdzięczności za pomoc.

Nim zdążyłem stanąć wzdłuż białej, kredowej linii odrysowanej na podłodze, na korytarzu przy każdej celi trwał już wał. Na głównym holu czekali zaś oficerowie z psami. Nieco grubawy mężczyzna w garniturze, co by nie powiedzieć, bardzo eleganckim i wyglądającym mi na baridajską myśl włókienniczą, pojawił się mniej więcej na środku pomieszczenia.

- Do tych, co są tu nowi, a w ostatnim czasie mamy was tu od cholery, co mnie martwi, bo przez takich wymoczków jak wy, ja nie mogę w spokoju pooglądać mojego ulubionego serialu, zagryzając czekoladą i popijając burbon. Wstydźcie się, tak torturować człowieka w moim wieku. Ale spokojnie. Jesteśmy tu przecież wszyscy dlatego, że nam kazano. Wam kazano tutaj zamieszkać, mnie kazano o was względnie dbać. Moje dbanie jest przymusem. Jeśli o mnie chodzi, to takie wywłoki jak wy same powinny o siebie dbać. Mam milion lepszych pomysłów na to co można by robić za pieniądze jakie wydaję chociażby na te wasze... jedzenie. Zepsuł mi się ostatnio samochód, kupiłbym sobie coś nowego... spodziewajcie się, że niebawem obiady będą skromniejsze.

- Spierdalaj – wrzasnął jakoś bardzo znajomy mi głos. Więźniowie wybuchnęli śmiechem.

Staliśmy tak na baczność, kiedy wózek z jedzeniem przemierzał chodnik (tak w grypsie określano dziedziniec wypełniający blok D. Spokojnie niebawem powiem wam co to oznacza. Przed wózkiem szła najpierw inspekcja. Każdego dnia po pobudce każda cela była sprawdzana przez inspektorów. Jeśli coś było nie tak, nie dostawało się posiłku. Inspektorzy nie wchodzili zazwyczaj do cel. Patrzyli jedynie pobieżnie czy wszystko na oko się zgadza i szli dalej. Szczerze mówiąc jak wszyscy tutaj, tak i oni olewali całkowicie swoje obowiązki. Nam to nie przeszkadzało nic a nic. Dzisiaj jednak miałem okazję dowiedzieć się też, że owi sprawdzacze więziennego porządku lubią też się pośmiać z więźniów.

- Ty, patrz, Christosza znowu kogoś popieścił za mocno.

- Jak na moje oko, to za słabo. Zobacz, na nogach się trzyma. W ogóle powiedz ty mi co to za dewiacja by teutończyka i wandejczyka sadzać do jednej celi? Od kiedy to przepuszczamy takie okazje?

- Co ty pieprzysz Władziu, jakie okazje?

- No, bo jeden drugiego prędzej czy później ciepnie, można by zorganizować zakłady, nieco ich podpiec, wiesz, podwędzić.

- Tobie tylko szmal w głowie. Liberty i liberty. A jakby tak obu ciepnąć? Jedna sala mniej do obchodu.

Zarechotali przeraźliwie, rzucili suche „spierdalamy” i poszli. Wózkowa szybko wystawiła dwie tacki „jajecznicy” na wierz wózka i podjeżdżając do nas uśmiechnęła się serdecznie. Lepki odwzajemnił ten uśmiech. Podszedł do drzwi i odebrał nasze śniadania, stawiając je na stole. Powoli i ociężali, stawiając nogę za nogą podszedłem do taboretu, jęcząc cicho usiadłem i zacząłem gmerać w tym czymś co jajecznicą na pewno nie było. Trudno określić co to było, ale w smaku przypominało gile z nosa, co to je małe dzieci tak ochoczo zjadają, bawiąc się w górników. Psor rozejrzał się do koła rozdwoił swoją tackę i wyją z pomiędzy połówek jakąś malutką, złożoną na cztery karteczkę. Rozwiną ją, tak by cały czas siedzieć tyłem do korytarza. Zrobił to jednak tak, bym i ja widział co jest tam napisane. Przyznam szczerze, że ktoś pisał niemiłosiernie paskudnie, ale ja pisałem jeszcze gorzej, podobnie jak cała moja rodzina, dlatego też nie miałem problemu z odszyfrowaniem znaków.
W sraczu mamy kilku nowych łebków. Ciem nie było dziś na kwadrancie. Radziecki znowu sra z Gauem. Łajno z tego będzie, nawijam tobie. Dzisiaj na spacerniaku Pindę mają wziąć na fleki. Sam zalukasz. Flisacy byli. Łąki umajone. Jest do ciebie rakieta z szamunkiem. Zapodasz co nieco, co nie? Będzie rozkminka, tam co wiesz. Buziole w siusiole. /E.

Migająca na suficie jarzeniówka błyskała tysiącem świateł i odcieni. Impulsywne i długie serie promyków przemierzały salę dogłębnie, szukając rozpaczliwie miejsc, gdzie jeszcze nie udało im się upaść. Ja natomiast z trudem mogłem przełykać kolejne kęsy tego żółtego, cholernie słonego, dziadostwa. Oczy moje wybałuszały się, chcąc się upewnić, czy na pewno wszystko dobrze zrozumiałem. Wydawało mi się, że znaki odczytałem dobrze. Mimo to nie rozumiałem z tego nic a nic. Odłożyłem łyżkę na bok, odsuwając dłonią talerzyk.

- Jedzcie. Nic lepszego nie dostaniecie – skomentował to Lepki, pochłaniając podany posiłek z zawrotną wręcz szybkością. - Jak myślicie, że tutaj będziecie mogli strzelać fochy, podobne do tych jakie miewa wasza matka, to się mylicie. Tutaj jest sracz, a nie obóz integracyjny dla nowych mieszkańców Grodziska. Jak pokażecie, że jesteście miękcy jak flaki z olejem, to szybko się przekonacie co to znaczy robić za flaka.

- Co dostałeś? - zapytałem nie kryjąc, że nadal sprawia mi to ból.

- To? - skiną głową na karteczkę. - To poczta. Kiedy zaczniecie spędzać tu tyle czasu co my, stanie się to dla was oczywiste, że każdego dnia otrzymujecie pocztę i ją odsyłacie. Takie tu panują zasady. Spacerniak nie jest od ustalania terminów, tylko od rozkminiania. Radzę wam szybko nauczyć się bajery.

Jak się potem okazało, bajerą nazywano tutaj tę słynną mowę więzienną. Tajny, umowny kod, który znany był tylko co dłużej osadzonym więźniom, tak by żaden wał nie był w stanie zrozumieć o co chodzi w tekście poczty. Miałem to szczęście, że szybko zaskarbiłem sobie zaufanie towarzysza Lepkiego i zdradził mi co nieco na temat tej tajemnej mowy. Do dzisiaj mam pewne dewiacje w tym kierunku i czasami w normalne rozmowy wplatam co nieco słownictwa więziennego. Choć jakby mniej. Czas jednak robi swoje. Człowiek zapomina. Ale tego zapomnieć nie sposób... tak mi się wydawało.

- Co muszę wiedzieć jeszcze?

- Punkt 6.00 wyje gong na pobudkę. Do 6.30 trwa obchód cel. Gnidy łażą i obrażają więźniów dla własnej satysfakcji. To czas poczty. Wózkowe dowożą nam tacki z informacjami od innych więźniów. Mamy z nimi sztamę, wiesz co to znaczy, prawda? - pokiwałem głową na znak, że tak. - Dobrze. Od 6.30 do 7.30 prowadzają nas pod prysznice. Nie bądźcie zaskoczeni tym, że poleci wam tylko zimna i nieco rdzawa woda, więzienie jest podłączone do wodociągów z Grodziska i czasami płynie tutaj woda, pod jaką lepiej nie wchodzić. Pod prysznicami uważajcie. Więźniowie z Baridasu nazbyt często próbują ujarzmić nowych więźniów.

Musiałem zrobić bardzo głupią minę, bo Psor roześmiał się mocno, ale krótko. Popatrzył na mnie wyrazem oczu, mówiącym: nie żartuję teraz nic, a nic. Zamyślił się, jakby porządkując w głowie myśli. Ja zaś obiecałem sobie stać zawsze tyłem do ściany, będąc pod prysznicami i zawsze niemalże przy samej ścianie, tak dla bezpieczeństwa. Lepki, beznamiętnie patrząc w okno, wstał i podszedł do niego.

- Do 9.00 jest sprzątanie cel. Ścielenie łóżek, pucowanie kibli, krat, ścian i Wanda jeden wie czego jeszcze. Potem od 9.00 do 12.00 jest spacerniak. Niezależnie od pogody wypędzają nas na świeże powietrze byś my mogli się poruszać. Spacerniak jest jak dżungla. Sam zobaczysz. Tam musisz wiedzieć gdzie iść i jak iść by nie wpaść w gniazdo szerszeni. Pokażę wam jak chodzić, o ile będziecie mogli chodzić. Radzę omijać tak zwanych zamawiaków.

- Zamawiaków? - nie kryłem zaskoczenia tym określeniem.

- Tak. To ci heretycy, co proszą sądy i prefektów o wsadzenie do więzienia, kiedy nie mogą się powstrzymać od wejść na strony Sarmacji, mimo, że mają realne urlopy czy też obowiązki. Na czele zamawiaków stoi Kakulski. Zresztą sami wiecie – kiwnąłem głową, że wiem. - Po 12.00 zabierają nas na stołówkę, na obiad. Na stołówce najczęściej dochodzi do mordobicia. Wiele problemów rozwiązuje się tu niestety przemocą. Grodziskie więzienie strasznie deprawuje porządnych obywateli. A trzeba wam wiedzieć, że większość siedzi tu...

- Za niewinność? - wtrąciłem.

- Za wolność. Obecnie siedzi tutaj co najmniej 8 osób w związku z aferą Kupy Stolca. Wy też sracie w związku z tą aferą. Bardzo wielu więźniów tutaj to skazańcy polityczni. Mam wrażenie, że niebawem zawieszą nam w celach mini portreciki Mandragora Pupki, byśmy czuli się jak w domu. Wyjdziecie na spacerniak zobaczycie, cały Wandystan tu jest.

- PRANIE! - wydarł się głos z głębi korytarza.

Migająca na suficie jarzeniówka błyskała tysiącem świateł i odcieni. Impulsywne i długie serie promyków przemierzały salę dogłębnie, szukając rozpaczliwie miejsc, gdzie jeszcze nie udało im się upaść. Towarzysz Lepki uśmiechną się. Podszedł do swojej pryczy, wyją spod poduszki zwiniętą na cztery karteczkę, wsadził ją w rozdwojoną tackę i mocnym uderzeniem dłoni ścisną ją ponownie w całość. Jeszcze raz uśmiechną się do mnie. Odwzajemniłem ten uśmiech. Pomógł mi wstać, podał kulę. Na chodniku zrobiło się gwarno. Brzdęk co i rusz otwieranych cel pobudzał wyobraźnię, ale jednocześnie bardzo męczył uszy. Wały wyprowadzały nas kolejno na zewnątrz. Szliśmy długim korytarzem, z obielonymi do sufitu ścianami, potem skręcaliśmy na schody (dla mnie będące męczarnią samą w sobie), gdzie u tak nas poganiali. A kto nie nadążał dostawał gumową pałką po plecach. Szybko nauczyłem się znosić tu ból fizyczny. Do wszystkiego można przywyknąć.
341176.1.jpg

Najpierw zaganiali nas do ciasnej sali, gdzie zdawało się ubrania. Należało się publicznie rozebrać do naga, odzież złożyć w kostkę, i czekać w kolejce do okienka by otrzymać swoją porcję szarego mydła i jeden ręcznik. Stało się dość długo. Mnie bardzo to krępowało, a przynajmniej na początku. Po kilku kolejnych dniach przywykłem do tego i nie było mi z tym ani źle, ani głupio. W kolejce panowała zazwyczaj cisza, bo w sali tej było pełno strażników. Kiedy w reszcie otrzymałem swoje „przydziały higieniczne” mogłem przejść do kolejnej sali, bardzo nieprzyjemnie chłodnej. Pod zbiorowe natryski. Zimne kafelki podłogi sprawiały, że każdy kto pojawiał się w łaźni miał na sobie gęsią skórę, z wszystkimi możliwymi konsekwencjami, jakie ma mężczyzna, kiedy jest mu zimno.

Staliśmy tak przez chwilę w zadumie, kiedy nagle z dysz poleciała zimna jak lód woda. To była zaskakująca sytuacja, bo owa woda, w dziwny sposób znacząco poprawiła moje samopoczucie. Słodziła płonące czerwienią obolałe mięśnie. Przyniosła miłą ulgę. Nagle ktoś wyrwał mnie z błogostanu radości, jaką właśnie odczuwałem. Wytrącono mi z ręki moje mydło.

- Będziesz się musiał schylić po nie kochasiu – zachichotał mężczyzna o dziwnej fryzurze, bo dredach, z powplatanymi na stałe dziwnymi ozdobami, chwiejąc się nieco na nogach i dziwnie wytrzeszczając oczy. Almerczyk... dziwnie zacierał rączki z radości.

- Nie sądzę – odparłem i dla bezpieczeństwa stojąc tyłem do ściany, tego poranka umyłem się bez użycia mydła. Były jednak dni, że nie miałem tyle szczęścia.

Migająca na suficie jarzeniówka błyskała tysiącem świateł i odcieni. Impulsywne i długie serie promyków przemierzały salę dogłębnie, szukając rozpaczliwie miejsc, gdzie jeszcze nie udało im się upaść...

cdn.
ZJ11mz6Y.png
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
7 538,00 lt
Ten artykuł lubią: Ivo Karakachanow, Siergiusz Asketil, Ivusia Buddusówna, Avril von Levengothon, Paulus Buddus, Katiuszyn Rewoluty Lepki, Fryderyk von Hohenzollern, P.N.W, Misza "JK" Korab-Kaku, Jakubbu Ashikaga, Krzysztof St. M. Kwazi, Adrian Maksymilian Józef Alatriste, Sam Noyama, Prezerwatyw Tradycja Radziecki, Edyta Konias zd. Gustolúpulo.
Komentarze
Ivo Karakachanow
O! Już czytam i sercuję w ciemno. Czekałem na kolejną część!
Odpowiedz Permalink
Ivo Karakachanow
uśmiechął:P poza tym - świetne!
Odpowiedz Permalink
Ivo Karakachanow
aaa... uśmiechną + ł :D
Odpowiedz Permalink
Ivusia Buddusówna
Leżała półprzytomna głową na stole cicho chlipiąc w stare już drewno, co chwilę przecierając zalane łzami oczy, jedwabną chusteczką z wyhaftowanymi inicjałami R. A. H. W. Próbowała udawać niewzruszoną kolejną nieobecnością szoguna z maleńką kopertką na parapecie, sycząc co chwilę zajadle "zobaczyły Panie Foch, zobaczymy..." Nagle w drzwiach ukazał się sąsiad z naprzeciwka jak zwykle pełen radości krzycząc już zza progu "Hej-ho Szlachetna damo!", po czym ucałował ręce pytając o grabie i swojego dreamlandzkiego przyjaciela. Niewiasta podniosła głowę do góry kierując swój przeszywający wzrok na ścianę, mówiąc szorstkim głosem przed siebie "Gdzie on jest? Gdzie jest Foch? Ty wiesz co z nim, On się umie foszyć, zna się na troll masteringu jak mało kto, ale zniknąć bez ciau bella to nie w jego stylu. Gdzie on jest? Mam tylko nadzieję, że nie zapił się na śmierć", po czym zwróciła głowę w stronę sąsiada kierując swój wzrok na jego ręce a ton swojego głosu zmieniając na bardziej uszczypliwy szepnęła " Ty byś tylko pytał o swojego przyjaciela, te sprawy tak błahe a tak przyjemne, tak zbyteczne a tak niezbędne. Proszę, tutaj masz grabie, bawcie się dobrze", po czym skinęła mu dłonią w stronę wyjścia udając znów obojętną wobec otaczającego świata. Gdy jednak usłyszała skrzypiące od zamykania się drzwi krzyknęła w ich stronę "Ej, czekaj, zostań!" Po czym podbiegła do sąsiada spieszącego już na dreamlandzkiego jeepa z małym pakunkiem zaadresowanym do Pana Focha R.A.H.W. "Proszę daj mu to. Zapomniał swojej brzytwy a to jego ulubiona aaaa i jeszcze coś, szepnij, że ma zmienić testament i że bardzo tęsknię" Po czym jej spojrzenie nabrało matczynej czułości by za chwilę przybrać obraz zazdrosnej kobiety. "Baw się dobrze sąsiedzie, ale, ale, ale... Powiedz proszę jeszcze Fochowi, żeby przypadkiem nie próbował wrócić do domu w zniszczonym fraku. Ja rozpoznam czy był u krawcowej czy nie" Po czym zamknęła drzwi i kierując się w stronę okna, czekając na jakąś wieść.
Odpowiedz Permalink
Roland Heach-Romański
@ Eutanazy Karakachanow Średni
Jest więcej literówek niż te... niby je czytam 2 razy przed publikacją, ale i tak zazwyczaj mam kolejne... wrrr... muszę zatrudnić jakiegoś edytora.

PS. Dziękuję Siergiuszowi za nowe logo serii :)
Odpowiedz Permalink
Ivusia Buddusówna
Honor, miłość, zajebistość, YOLO!
Odpowiedz Permalink
Paulus Buddus
Cytuję:
Więźniowie z Baridasu nazbyt często próbują ujarzmić nowych więźniów

hehehehe mydełko :D
Odpowiedz Permalink
P.N.W
Siabada, siabada, siabada, mydełko FFFFFFFFFFFFFFFFFFFUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU-
Permalink
Prezerwatyw Tradycja Radziecki
Ech Ci nowi, jak piszą o więźniu, to wszystko tak przeraźliwie wygląda.
Permalink
Gotfryd Slavik de Ruth
Witam
Widzę że co nie których pobudziła końcówka o mydełku :)
A przecież nie to było najistotniejsze; niestety najlepiej zapada w umysł...
Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.