Gazeta Teutońska, Roland Heach-Romański, 17.09.2013 r. o 13:38
[KONKURS MDN] Więzienna rzeczywistość cz. 2.
Seria wydawnicza: Więzienna rzeczywistość

o3LRe4Po.jpg
Rozdział II
Oblicza sprawiedliwości...

Kubeł zimnej wody rozlał się po moim ciele niczym morska fala uderzająca o bok klifu, burząc całkiem porządek świata, niebezpiecznie go podmywając i tworząc u jego stóp coś na kształt pienistej burzy, z wyglądu i zachowania przypominającej nordyjskie, śnieżnobiałe tarpany przeczesujące tundrę w poszukiwaniu przełęczy na cieplejsze łąki. Ciało moje wyprężyło się w drgawkach, ciarki pokryły skórę dokładniej niż pot, jaki do niedawna zraszał mnie całego, kiedy nieprzytomny leżałem w zamkniętym radiowozie na pełnym słońcu. Niewyobrażalne zimno otrzeźwiło mnie do tego stopnia, że nie mogłem złapać tchu. Ciężki oddech. Błądzące oczy. Ciemna sala. Błyski pojedynczych żarów. Swąd papierosów. Wilgoć. Cisza. Dezorientacja. Gdzie jestem? To pytanie nasunęło by się przecież każdemu, kto budzi się w miejscu całkiem mu obcym, całkiem innym, nieznanym, a i jakże złowieszczym. Ciemna sala. Błyski pojedynczych żarów. Swąd papierosów. Wilgoć. Cisza. Dezorientacja. Tylko tyle widziałem patrząc się chaotycznie dookoła, jak gdyby chcąc zmusić oczy do zobaczenia więcej niż można by zobaczyć w całkowitej ciemnicy. To tak, jakby ślepy bardzo chciał ujrzeć to co ma przed sobą i choćby nie wiadomo jak się starał i jak mocno wiedział, że mu się to nie uda, robiłby to i tak, choćby ze względu na to, że daje mu to nadzieję tak bardzo potrzebną w tym dniu, w tej chwili, by zrozumieć dlaczego dzieje się to, co się dzieje. Ludzki rozum jest racjonalny, szuka odpowiedzi, a by je formułować potrzebuje informacji. Te nie zawsze są nam dawane, dlatego częstokroć stajemy się wścibscy, zachłanni i wredni, tylko po to by owej wiedzy sobie dostarczyć i jakoś przetrwać kolejne starcie z realiami samoświadomości.

winiarnia_01.jpg

Coś poruszyło się w cieniu. Coś zaczęło podchodzić do mnie. Słyszałem kroki. Ciężkie kroki rozbijające się o ściany pomieszczenia. Słyszałem pogłos walącej się góry. Już wiedziałem, że nie znajdę w tej sali zbyt wielu mebli. Podejrzewałem, że gdzieś mniej więcej po środku stoi jedynie biurko. Nagle krokom rytmicznie idącej postaci zawtórowały kolejne. Mistyczna dotąd symfonia grozy, pełna taktu, rytmu i niebywałej gracji zmieniła się teraz w coś niezwykle chaotycznego, coś tak zmieszanego ze sobą, że nie sposób było wywnioskować, czy przez pokój przemierzała jedna, dwie czy może więcej osób. Próbowałem podnieść się z kolan. Chciałem wstać, by nie mogli na mnie spojrzeć z góry. Nie chciałem nadal dawać im satysfakcji, choć miałem świadomość, że skoro znalazłem się tu, gdzie jestem, nie ma możliwości nad nimi zwyciężyć. Ale któż z nas jest w stanie pogodzić się z beznadziejnością sytuacji w jakiej się znalazł? Czyż domeną człowieka nie jest walka do ostatniej kropli krwi? Czyż nie jest tak, że nadzieja, jaka pali się nam w sercu, choć momentami będąca jedynie wątłym płomykiem, nie ogrzewa ludzkiego serca w chwilach próby i strachu, pchając je do przodu, w dzikim szaleństwie beznadziejnej walki o porażkę w wielkim stylu, w dumie i chwale zwyciężonego? Chciałem być niczym wielcy przegrani wodzowie Teutonii, którzy choć ponieśli klęskę, sprawili, że ma ojczyzna nadal istniała. Chciałem być męczennikiem za wolność, za ideał słodkiej równości, za wiarę w sprawiedliwość świata, choć jak się miałem dowiedzieć, bardzo zepsutą sprawiedliwość.

Nagle kroki zamarły. Przeraźliwe skrzeczenie i jęczenie wypełniło salę w całości. To była pierwsza tortura jakiej zaznałem. Chciałem zasłonić uszy dłońmi, jednak kajdanki sprawiały, że było to niemożliwe. Upadłem na kolana ponownie, zrezygnowany, skrywając uszy między kolanami. Dało to tylko na pozór ulgę. Nóżki stalowego krzesła darły o goły beton, mieniąc się małymi iskierkami i wielkim lamentem. A ja biłem pokłony nieznanej osobie. Upokorzony i zeszmacony do granic możliwości upadłem na kolana zapewne przed gellończykiem. Cała ma duma, cały mój honor w tej jednej chwili zniknęły, rozwiały się niczym mgła rozpędzana na placu defiladowym w Gnosse-Wanda-Stadt, przed obchodami rocznicy powstania Mandragoratu Wandystanu. Rozwiała się jak mara, jak zjawa, będąca do dej pory jedynie ułudą. Czułem, że chcą mnie tym złamać. Zacisnąłem więc pięści bardziej i podnosząc się ponownie z kolan zacząłem się śmiać. Śmiech mój przerwał oślepiający blask z lampy, stojącej przy biurku na ruchomym stelażu, tak by można było nią łatwo manipulować. Ktoś złapał mnie mocno za ramię i szybkim szarpnięciem podprowadził bliżej lampy, sadzając w dość niewygodnym stalowym krześle bez obić. Wiedziałem, że to nie było zwykłe krzesło, że jego rolą było męczyć szybciej, dawać poczucie niepewności, niewygody. Cały pokój miał dawać poczucie strachu, miał łamać psychikę kawałek po kawałku ścierając ją na proch. Siedziałem tak nadal się śmiejąc.
przesluchanie-godfather-rzeznia-wiezien.jpeg

Co was tak śmieszy, panie Heach? Radujecie się na myśl, że już niebawem zasilicie grono szuj i podłych gnid? Że staniecie się szmatą, zwyrodnialcem wyzbytym ludzkich odruchów? No może nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, wszak aż tak bardzo nie zmienicie się po pobycie w wiezieniu. Ale wierzcie mi, że my zrobimy wszystko, by Ci tam – ręka jego, gruba i obleśnie owłosiona wyprężyła się, wskazując palcem okno, jak dotąd całkiem przeze mnie nie zauważone, okratowane i dokładnie oklejone na wpół przezroczystą, czarną taśmą. – Oni będą was mieli za nędznego szkodnika, za wrzód na zdrowym organizmie narodu. A nas to będzie bawiło i cieszyło. Oj będzie.

Wyszczerzył swoje pożółkłe kły w czymś na kształt uśmiechu, po czym zarżał jak koń. Wyjął kartkę maszynopisu, druku nieskładnych czcionek, ułożonych w rozmazany i lekko nieczytelny tekst. Nasunął na nos okulary i patrząc na mnie dość złowieszczo podjął.

Ja Ronald Heach, przyznaję się do tego, że obraziłem wszystkich razem i każdego z osobna, moim wierszem „Christosza”, że był to przejaw antyrojalistycznej postawy wynikającej z mojego pochodzenia, oraz z utajonej wadeizacji, przeprowadzonej przez niebezpieczne i szkodliwe w oczach całego społeczeństwa bojówki propagandy wandejskiej. Przyznaję się tym samym do wystąpienia przeciwko książęcemu prawu i obyczajnści, do złamania zasad kultury i współżycia w społeczeństwie, do zaniedbania swojego obowiązku posłuszeństwa koronie i do zdrady jej majestatu. Przyznaję się do opluwania... bleblu, bleblu... no i tam macie jeszcze kilka zarzutów o jakie was oskarżamy. Podpiszcie, MAPcio klepnie wam odpowiedni wyroczek i będziecie mogli bezpiecznie odejść.

A jeśli nie podpiszę? - starałem się to powiedzieć najpewniej jak umiałem. Na twarzy przesłuchującego wymalował się grymas niezadowolenia.

Wtedy będziemy was bić. Wierzcie mi lub nie, ale robimy w tym fachu nie od dziś i co jak co, ale porządnie obić mordę takiemu szaraczkowi jak wy nie zrobi nam większych problemów. A to, żeście Teuton, tylko podhajcuje naszych gellońskich katów – śmiech jaki rozbudzał się w nim od jakiegoś czasu teraz dopiero wydobył się z niego niczym lawa z wulkanu w czasie erupcji. Rechot jaki produkowała jego twarz dokładnie i całkowicie wypełnił salę.
z2320091Q,Jacek-P--twierdzi--ze-podczas-przesluchania-ubliza.jpg

Stojący obok mnie, skryty w cieniu, osobnik uderzył z całej siły w twarz. Głowa wywinęła mi się w drugą stronę. Oczy przez chwilę zamarły w jednym punkcie. To trwało na pewno tylko kilka sekund, ale mi zdawało się wiecznością. Wpatrywałem się w dziwne żłobienia na blacie biurka. Mrużyłem oczy, by poprawić ostrość widzenia i dałbym sobie rękę uciąć, że chyba też pochyliłem się nieznacznie do przodu, by odczytać napis ubrudzony starą skrzepliną czarnej już krwi. Napis głosił: „Kakulski tu był”. Nagle wielka łapa chwyciła mnie za włosy i szarpnęła do tyłu z całą mocą, tak, że wyprężyłem się na krześle. Co starsi z was na pewno pamiętają tych nauczycieli ze szkół, którzy potrafili złapać za włoski za uszami, czy na karku i pociągnąć do góry. W takich sytuacjach każdy z nas stawał się baletnicą, stającą na czubkach palców szukając metod by jak najbardziej wznieść się do góry. Ja w tym momencie chciałem jak najbardziej odchylić się do tyłu.

- Jak widzicie warto byłoby jednak podpisać – ozwał się osobnik po drugiej stronie stołu. Teraz dopiero zauważyłem, że oczy jego mają pionowe źrenice, a tęczówki świecą w ciemności. - Nie chcecie chyba byśmy was obili na sino, co?

- Nie podpiszę – starałem się zachować resztki honoru.

- Wasza wola.

Obleśnie owłosiona dłoń skinęła na draba stojącego obok. Co by się nie rozpisywać: jego pięści biły jak z automatu, to w żebra, to w brzuch, to w twarz, to w ramiona. Ciosami prostymi, sierpowymi, hakami z góry i z dołu. Z otwartej dłoni i z zamkniętej, łokciem, a kiedy stoczyłem się z krzesła na ziemię, całkiem już poraniony, z rozciętym łukiem brwiowym, doszło do tego kopanie po plecach i ogólnie pojętym brzuchu. Dostałem też kilka mocnych uderzeń w krok. Czułem, że niebawem stracę przytomność po raz kolejny. Bardzo chciałem stracić przytomność. Ból był potworny. Nie chciałem go czuć. Wolałem odpłynąć i nie mieć świadomości co się ze mną dzieje, ani jak to się ze mną dzieje. Wolałem pozostać w błogostanie obojętności na cały świat zewnętrzny. Chciałem nie czuć już nic. Lecz tej rozkoszy nie zaznałem. Widać goryl, który mnie katował, rzeczywiście znał się na swoim rzemiośle. Ręce jego tańczyły niczym palce pianisty, muskające klawisze tego delikatnego instrumentu w najczystszej wirtuozerii. Delikatnie, tak by muzyka grała, ale i nie za mocno, by zbyt szybko nie zużyć pianina. Ze mną było podobnie. Bity byłem tak, by nie stracić przytomności. By wszystko pamiętać. Siedzący za stołem funkcjonariusz prefektury dość szyderczo śmiał się pod nosem. W końcu uniósł rękę w górę. Gradobicie ucichło.

- I na co było wam stawianie oporu? - zapytał prześmiewczo, bazgrząc coś na wcześniej odczytanym maszynopisie. - Poooodpisaaaano, Roland Heach.

Poczułem do niego szczerą pogardę i gdyby nie fakt, że nie miałem siły sam wstać z ziemi, zapewne rzuciłbym się na niego próbując chwycić zębami pierwszą wystającą część twarzy i odgryźć ją. Gniew jaki czułem wówczas był dla mnie czyś niezwykle nowym. Tak czystej złości i wzgardy nie czułem do nikogo wcześniej. Nawet do tego opryszka, który mnie bił, wszak był on tylko narzędziem. Ludzie zbyt często zrzucają winę na narzędzia, ale przecież o wiele ważniejsze jest kto i jak tymi narzędziami zarządza. Czy usprawiedliwiam go teraz? Nie, przecież sprawiało mu przyjemność poniżanie i bicie aresztantów. Czerpał z tego satysfakcję, ale nie sądzę by bez wyraźnego nakazu sam rwał się do męczenia tylko z pozoru winnych. O wiele gorszy wydał mi się oficer zza stołu. On bowiem cieszył się mogąc kogoś „załatwić” tak jak „załatwił” mnie. Czerpał satysfakcję z tego, że na jego oczach ktoś, zdawać by się mogło warty podziwu, przez swoją wytrwałość, gdzieś w głębi duszy pragnie jednego, mocnego ciosu, który wszystko zakończy. Zwyrodnienie i zepsucie. Rzygać mi się chciało, ale to po części też wina wstrząśniętej głowy. Leżałem skulony na ziemi. Ciężki oddech. Błądzące oczy. Ciemna sala. Błyski pojedynczych żarów. Swąd papierosów. Wilgoć. Cisza. Dezorientacja.

Witamy w sarmackim więzieniu, panie Heach – rzucił na odchodne oficer przesłuchujący zginając „moje” zeznania w pół.

Drab i kotooki wyszli z sali. Pozostałem sam, bezbronny, bez siły do życia, bez duszy. Stałem się workiem kości i mięsa, całkiem pogruchotanym, z organami wewnętrznymi rozrzuconymi po całej jamie brzusznej tak, że każdy jeden lekarz złapał by się za głowę. Najbardziej jednak bolała złamana godność. Upokorzenie. Niskość. Najbardziej bolał splamiony honor. Ale obiecałem sobie, że i tym razem nie dam im żadnej satysfakcji. Obiecałem sobie siłę. Niebawem siłę tą dzieliłem z jednym z moich dobrych przyjaciół. Myślę, że późniejsze wydarzenia bardzo mnie odmieniły. Myślę teraz, z perspektywy czasu, że byłem wdzięczny za ten wyrok. Za to osadzenie. Dziwne? Jeśli dotrwamy wspólnie do końca tej opowieści, zrozumiecie, że wcale nie takie dziwne.
Ciężki oddech. Błądzące oczy. Ciemna sala. Swąd papierosów. Krew. Łzy. Wilgoć. Cisza. Dezorientacja. Ból. Omdlenie i nagły błogostan.
***

Kubeł zimnej wody rozlał się po moim ciele niczym morska fala uderzająca o bok klifu, burząc całkiem porządek świata, niebezpiecznie go podmywając i tworząc u jego stóp coś na kształt pienistej burzy, z wyglądu i zachowania przypominającej nordyjskie, śnieżnobiałe tarpany przeczesujące tundrę w poszukiwaniu przełęczy na cieplejsze łąki. Ciało moje wyprężyło się w drgawkach, ciarki pokryły skórę dokładniej niż krew, jaka do niedawna zraszał mnie całego, kiedy nieprzytomny leżałem w sali przesłuchań w pełnej ciemności. Niewyobrażalne zimno otrzeźwiło mnie do tego stopnia, że nie mogłem złapać tchu.

Znajdowałem się w ciasnej sali, odgrodzonej od korytarza masywną kratą wykonaną z pordzewiałych już, półtora calowych prętów, złączonych ze sobą długimi pasami płaskownika. Na lewej ścianie umieszczone były stalowe zawiasy a na nich całościowe, jednolite, masywne, również stalowe drzwi pospinane nitami, dodatkowo zbrojone poprzecznymi prętami, z zasuwą na wizjer i klapą dolną na podawanie posiłków, przy czym słowo posiłek byłoby chyba nieadekwatne do tej brei jaką nam podawali. W tylnej ścianie było małe okienko również okratowane dokładnie i masywnie. Okno to otwierało się i zamykało automatycznie zależnie od tego czy padał deszcz, czy świeciło słońce. Zazwyczaj było ono jednak rozpostarte, choć kończył się wrzesień i noce stawały się na prawdę zimne.
Cela.jpg

Między przednią kratą, a masywną, chropowatą ścianą tylną rozciągała się szara, betonowa posadzka, która przecierała się pod wpływem kroków, chłodu i wilgoci. Zdobiły ją liczne rysy i pęknięcia jak i również ciemniejsze plamy, zapewne powstałe od nasączonej w luźny beton krwi. Wszak nie każdy więzień w celi znajduje akceptację pozostałych. Niektórym pisane jest stracić kilka litrów zawartości żył i kilka zębów, choćby dla uciechy pozostałych osadzonych. Na prawej ścianie wisiały dwie prycze. Na lewej ścianie stał mały stoliczek, toaleta nie pierwszej świeżości, oraz drobna kozetka dla trzeciej osoby. Całość nie miała większych wymiarów jak trzy metry na trzy metry. Najbardziej jednak denerwowała mnie mrugająca jarzeniówka, paląca się na suficie nieprzerwanie od 6.00 rano do 22.00 wieczór.

- Wstaliście towarzyszu Heach? - zapytał głos z góry.

- Aaa..r...gh... - tylko tyle zdołałem wycharczeć przez opuchnięte wargi.

- Nie męczcie się towarzyszu Heach. Nie warto. Widzę, że mocno was poobijali. Przynieśli was tu jak trupa, lub, jakby tu nie przymierzając, mnie kiedy trafiłem tu pierwszy raz. Wiecie, tak teraz myślę, że każdy kto trafia tu po raz kolejny podpisuje te ich durne papiery od ręki. Bo wierzcie mi, lub nie, tu nie jest tak źle jak tam.

Chciałem coś powiedzieć, ale nie mogłem. Dyszałem tylko i sapałem, obolały i zmarnowany. Oczy ślepo patrzyły się w dno pryczy wiszącej nade mną. Na środku, tuż nad oczami znowu ujrzałem ten zaskakujący napis: „Kakulski tu był”.

- Śpijcie towarzyszu Heach. Jutro czeka was dzień pierwszych razów. To będzie dla was nowe odkrycie. Nowe doświadczenie. Jeśli nie będziecie wyglądać na ofiarę, może nawet uda się wam zyskać szacunek. Teraz pełno tu ludzi siedzących za to co ja i towarzysz. Bo towarzysz też siedzi tutaj w związku z aferą Kupy Stolca?

- Yhhhmyy... - wydusiłem z siebie. - Kimmm...

- Kim jestem? Towarzysz wybaczy zapomniałem, żeście mnie nie widzieli jeszcze, bo i jak. No no. Oczy bardzo zapuchnięte macie, a i jakieś przekrwione. Katiuszyn Rewoluty Lepki we własnej, sklonowanej osobie. Wiecie, muszę przyznać, że cieszę się, że to właśnie z towarzyszem przyjdzie mi spędzić ten tydzień. Proszę sobie nie schlebiać. Z towarzyszem po prostu jeszcze nie miałem okazji pokutować za wolność.

Nie wiem czy mówione było coś więcej. Być może tak. Towarzysz Lepki stawał się bardzo rozmowny w celi. Poza celą bardziej skupiał się na obserwacji. Ale to zauważyłem dopiero potem. W tamtym momencie usnąłem. Śniłem dość długo, a jedyne co pamiętam na końcu tamtego dnia to, to, że bardzo mocno ściskałem zdjęcie zacnej niewiasty z Czarnolasu, a z kącików oczu sączyły mi się małe potoki łez. Spałem długo...


cdn.
ZJ11mz6Y.png
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
5 055,00 lt
Ten artykuł lubią: Avril von Levengothon, Jack von Horn, Paulus Buddus, Ivusia Buddusówna, Katiuszyn Rewoluty Lepki, Fryderyk von Hohenzollern, Siergiusz Asketil, Krzysztof St. M. Kwazi, Krzysztof Kura, Mirosław Kryński, Ivo Karakachanow, Edyta Konias zd. Gustolúpulo.
Komentarze
Ivusia Buddusówna
Ciekawi mnie co gellonczycy zrobią teutończykowi i czy wątek z podpisem Kakulskiego będzie znaczący...
Odpowiedz Permalink
Prezerwatyw Tradycja Radziecki
Podpis Kakulskiego jest we wszystkich więzieniach i wszystkich celach w KS. Wiem, bo sam widziałem większość.
Permalink
Paulus Buddus
WIĘCEJ! CHCĘ WIĘCEJ!!
Odpowiedz Permalink
Roland Heach-Romański
Radziecki: Won, a nie mi tu spojlerujecie :/
Odpowiedz Permalink
Katiuszyn Rewoluty Lepki
"Kakulski tu był" <3

Jaj aż przyjemny dreszcz przeszywa jak się czyta o sobie będącym w powieście!

Po za tym kolejna mega ściana tekstu. Szacun za wysiłek. I jeszcze dość dobrze się czyta!
Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.