Gazeta Teutońska, Roland Heach-Romański, 05.03.2013 r. o 07:49
Perła w Koronie cz. 2.
Seria wydawnicza: Sztuka Apollina

Perła w Koronie


Rozdział II
Iskry z ognia
Kara klacz potykając się o swojego właściciela przewróciła się i przetoczyła przez grzbiet wzbijając za sobą chmurę pyłu i kurzu. Śród koron drzew przewijały się zakapturzone postacie, z łukami naprężonymi do strzałów. Grimbold nie zaważał na nic, co wydawać by się mogło istotne, w chwili gdy za plecami człowieka tajemnicza kareta ostrzeliwana jest z łuków przez równie tajemnicze persony. Komendant nie wrzeszczał już, że zbyt szybko jedzie wóz, że skacze po dziurach drogi przez co obija sobie swoje szlacheckie ciało. Jak większość domorosłych szlachetnie urodzonych panów, tak i komendant trzymał się teraz kurczowo poręczy, pojękując co i rusz nową modlitwę do znanych i nieznanych, a też i do tych z dawna zapomnianych bogów.

A zważać było na co. Oto woźnica widząc jak upadająca klacz tarasuje mu drogę, szarpną z całych sił lejcem w lewo, a ciągnące karoce dwa białe ogiery w mig skręciły w stronę lasu, zbaczając z drogi i skrywając się śród gęstwiny dzikich róż. Wyboistości leśnych bezdroży okazały się jednak zbyt wielkie, nawet jak na stalowo okute koła i sworznie wozu. Woźnica z trudem utrzymywał się na przedzie, ściskając w jednej dłoni lejce, w drugiej zaś ławeczkę, na której od kilkunastu już metrów, próbował siedzieć. Z wnętrza zaprzęgu wydobywała się melodia krzyków i pisków pasażerów, wzmocniona symfonią trzaskających kołków i wyporek pióropusza amortyzatorów.

Jadący za całym tym bajzlem ostatni z jeźdźców strasznie usiłował uniknąć kolejnych szyjących do niego łuczników. Owijając uprząż wokół małych palców, włożył się w siodło i kując boki konia, popędzał go coraz bardziej i bardziej. Delikatne ruchy palców sprawiały, że jego wierny przyjaciel niczym tancerz wirował śród szumiących lotek strzał i bełtów, mijając je w podobie do złączonej w tańcu pary, która pomimo licznych innych par na parkiecie, oraz tysięcy trudnych kroków potrafi unikać niebezpieczeństw i niefortunnych upadków.

Ciężki dech zwierzęcia mieszał się z wariacko szybkim rytmem serca jego towarzysza. Kopyta ryły się w ziemi, wyrzucając za siebie całe garście błota i kamieni. Korony liści szumiały przeraźliwie od przeskakujących z drzewa na drzewo zamachowców. Wreszcie i ostatni z jeźdźców szarpną wodze mocno i uszedł z traktu.

Grimbold zapiał jak kogucik, kiedy w deskę jego tylnika wbił się srebrny grot, przyozdobiony orlimi piórkami. Odwrócił głowę chcąc zobaczyć jak rozwinęła się sytuacja z pościgiem i ucieczką. Jakże miał straszną minę, gdy spodział się, że nie ma tam już nikogo, zaś w ślad za komendanckim wozem przeskakują niczym małpy goniące dostawców bananów, krępe, okapturzone postaci.

- W las! W las panie! - wydarł się szpakowaty mężczyzna, a grubawy szlachcic zeskoczył prędko z woza w rów. Turlając się przy tym jak beczka, która pchnięta raz przez stopę pomagiera toczy się po równi w dół, by ostatecznie roztrzaskać się o skały.

W ślad za nim, z wozu wyskoczył Grimbol, bardziej składnie i taktownie.

Nie mieli jednak czasu by się szybko pozbierać, gdyż prawie na czworaka pędzili w głąb kniei, błądząc w labiryncie krzewów i gałęzi. Szyszki wbijały im się w stopy i kolana, ale strach był nazbyt silny, by czuli teraz coś więcej jak potrzebę ucieczki.

Są bowiem uczucia i stany w życiu każdego z nas, które popychają nas do rzeczy tak wielkich, jak i strasznych, a które sprawiają, że to co nas otacza, cała rzeczywistość, zanika nagle i zamienia się miejscami z instynktami, nad którymi zazwyczaj nie ma możliwości zapanowania, gdy czuje się zagrożenie. Nie lada odwagi wymaga uświadomienie sobie wówczas co jest ważne, a co jest jedynie złudzeniem słusznego wyboru. Przeciwstawić się swojemu wewnętrznemu zwierzęciu i wysłuchać głosu prawdziwego sumienia nie przychodzi łatwo, gdy strzała za strzałą pruje do ciebie, chcąc sprawić, że każdy płyn jaki w siebie wlejesz wyleci na zewnątrz niczym przez durszlak, lub sito.

Grimbold jednak potrafił słuchać. Nauczyła go tego służba u nie jednego szlachcica. Teraz jednak usłyszał ciszę. Szum strzał ucichł, a pojękiwania drzew i odgłosy skoków zanikły. Żylasta dłoń woźnicy uniosła się ku górze, na znak, by podążający w ślad za nim komendant zatrzymał się.

- Słyszycie panie? - spytał.

- Czy co słyszałem? Nic nie słychać.

- Ano właśnie, nic nie słychać. Cisza. Brak pościgu. Musieli w ciemności nie dostrzec, że konie poszły w las z pustym wozem. Mamy szczęście, psia krew, szczęście jakiego mało. To pewnie pan komendant swoimi modlitwami wybłagał nam wolność. Nie wiedziałem, że jest pan tak religijny.

- Ja religijny? Skończ żartować i pomóż mi wstać. Runo mi się wpija w szaty.

Grubawy szlachcic wsparł się na barku swojego pomocnika, po czym zaczął nerwowo odgarniać z ubrania liście i błoto. Stali teraz w milczeniu, gdzieś po środku lasu, śród całkowitej ciemności. Gdzieniegdzie od kałuż odbijały się świtała księżyca i gwiazd, nieco rozpraszające ciemności. Niebo przemierzały teraz kolejne sowy, niczym sępy krążące ponad truchłami zwierząt.

- Pomocy!

W powietrzu rozniósł się krzyk. Nie był to jednak ni krzyk strachu, ni rozpaczy. Był to ton proszący, poszukujący pomocy. Dochodził z przeciwległej części boru, gdzie rozbiła się karoca. Grimbold i komendant popatrzyli wzajemnie na siebie, po czym podjęli decyzję, że teraz ich plany i tak straciły na aktualności, a nie pomóc ludziom w potrzebie urągałoby ich honorowi i urodzeniu.

Podbiegli najciszej, jak tylko mogli do traktu. Nieopodal w rowie leżał roztrzaskany wóz, bez koni, które zapewne uciekły, przestraszone całym tym zawirowaniem. Grimbold ostrożnie rozejrzał się, wypatrując aby czy napastnicy nie postanowili wrócić i przeszukać miejsce katastrofy. Nie widząc nic co mogłoby wskazywać na ich obecność, szybkim krokiem przemierzyli szerokość gościńca.

Idąc po śladach kół wygniecionych w mchu słuchali ochłapów jakiejś rozmowy, przeplatanej coraz to wątlejszym wołaniem o pomoc. Grimbolda naszły swoiste wątpliwości. Ten dziwny stan, który wszyscy mamy po podjęciu decyzji, gdy umysł zaczyna dochodzić do wniosku, że lepiej było jednak jej nie podejmować. Po dotarciu na miejsce okazało się, że karocą podróżowały dwie panie. Pierwsza, wyraźnie starsza nie była raczej szlachcianką. Odziana w skórzane czarne spodnie, i kubrak, przepasany cielistym pasem z mieczem przy prawej stronie stała podparta o belkę, którą usiłowała wsunąć pod leżącą na przeciw niej karocę. Druga, w wieku nastoletnim, nosiła suknię długą i ozdobną, włosy upięte miała w kok i przyozdobione sztucznym kwiatem. Oczy jej zdradzały wielki strach.

- Czy wzywały panie pomocy? - spytał komendant, chcąc jak najmniej okazać strach. Z trudem pilnował się by nie rozglądać się dokoła bez ładu i składu.

- Nasz woźnica – zaczęła nad podziw spokojnym tonem starsza z towarzyszek, odgarniając czarne długie włosy z twarzy. - jest przygnieciony. Gdyby udało się unieść wrak, można by go wyciągnąć i opatrzyć.

Grimbold nie zastanawiał się długo. Żwawym krokiem podszedł do przewróconej na bok karocy i podkładając belkę między oś a kamień, nacisną ją z całej siły. Całość uniosła się ku górze, a woźnica zakrzykną stłumionym głosem. Noga jego była w bardzo ciężkim stanie. Czarnowłosa szybkim ruchem dłoni chwyciła go pod pachami i wyciągnęła najszybciej jak mogła, ale i tak, by nie dodać mu już i tak dość cierpienia. Widząc wykręconą, zmasakrowaną kończynę, Grimbold ściągną swoją koszulę i podał ją dziewczynie.

- Opatrz go. Komendant pomoże.

- A wy dokąd to?

- Po drwa. Trzeba rozpalić ogień jeśli mamy dotrwać do rana.

Iskry z ogniska niosły się wraz z dymem coraz wyżej i wyżej, imitując bardzo niefortunnie różnych rozmiarów świetliki. Wijąc się w swym tańcu koiły myśli i hipnotyzowały spojrzenia siedzących dookoła zebranych. W półcieniach płomieni twarze postaci przybrały ponury, nieco przerażony wyraz. Pot przeplatał się z kurzem, dodając im powagi i zmęczenia. W oddali słychać było zawodzenie wilków i odgłosy żerujących sów.

Grimbold przekazywał teraz w milczeniu ostatni ocalony bukłaczek z wodą.

- Kim jesteście? - spytał, chcąc przerwać milczenie nie pozwalające mu się skupić.

- To jest Anarietta de Teler – spojrzenie czarnowłosej spadło tym samym na przestraszoną dziewczynkę, przytulaną przez woźnicę – księżniczka i sukcesorka tronu, ostatnia z królewskiego rodu, która jeszcze żyje i która musi przeżyć. Ten stary jegomość przy niej to pan Konrad z Valenrodi, wierny kamerdyner panienki. Nie sądźcie jednak, że mówię wam to, bo jestem śmiertelnie szczera i wam ufam. Nie ufam wam, bo i trudno ufać obcym w czasach jakich udało się nam dożyć. Niemniej pomogliście nam, a nie dobiliście, a jeden z was nosi mundur gwardii królewskiej. Liczyć pozostaje, że jesteście ludźmi honoru.

- Co się właściwie dzieje? - zapytał wyraźnie zdumiony komendant.

- Wojna, mości panowie, wojna domowa i bunt. Buńczuczny baron północnej marchii uznał, że w majestacie jego wielkiego majątku i honoru, jakim okryła się jego rodzina w czasie jednoczącej wojny, należy mu się tron królewski. Nasz król jaki był wszyscy wiemy. Nie grzeszył może taktem i dostojnością, ale nie był też głupi. Przekupnych jest jednak więcej niż lojalnych, więc i baron nie miał wielkich trudności by cało swoje wojsko, co to je zakupił też po części za środki królewskie, ale nie o tym teraz. Rzecz pokrótce ma się tak, że stolica została zmasakrowana i ukołysana do snu w objęciach języków ognia. Król... - dziewczyna zmrużyła oczy, zaciskając mocno dłonie na kolanach. Widać było, że chciała powiedzieć prawdę, której przy księżniczce powiedzieć nie mogła.

- Rozumiem – odparł komendant. - A jak to się stało, że wy uszliście cało?

- Nie było nas tam. Ale jak zdążyliście pojąć i poza królewskim miastem pełno jest morderców na usługach zdrajcy i buntownika. Gdybyście mogli nam pomóc dostać się gdziekolwiek, byle do cywilizacji bylibyśmy wdzięczni. Potrzebny nam nowy powóz.

- Pomożemy – krótko odparł Grimbold. - Król... księżniczkę trzeba będzie przebrać w jakieś łachmany. Nie może zwracać na siebie uwagi. Nie może mówić ładnie i niech porzuci maniery. Odtąd będzie wieśniaczką.

- Pani wybaczy – wtrącił prędko komendant – mój kompan jest niewydarzonym żartownisiem, którego trzeba przyuczyć pokory. Mam nadzieję...

Oparta o Konrada, starca z wysokim czołem, dziedziczka tronu przerwała mu spojrzeniem chłodnym jak lud. Z jej twarzy można było wyczytać wiele. Co bardziej doświadczeni mimicy napisaliby pokaźną kronikę czytając każde zagięcie skóry, każde zadrapanie i każdą zaschniętą stróżkę łez, ciągnącą się wzdłuż policzka. Księżniczka zdołała wykrztusić ledwie kilka słów.

- To dobry pomysł.

Czarnowłosa kobieta zamilkła, rozgarniając patykiem węgle w ognisku. Jej uwagę skupił szpakowaty mężczyzna, wpatrujący się od początku ich rozmowy w głąb lasu. Jak gdyby widział tam coś, wodził za tym wzrokiem. Nie było to jednak spojrzenie strachu, a ciekawości. Pytające oczy błądziły od prawa do lewa między kolejnymi pniami drzew. Zaintrygowana postanowiła spróbować wpatrywać się w ognisko. Ogień zawsze ją uspokajał. Tym razem było jednak inaczej.

Ognisty jeleń tańczył w palenisku.

CDN...
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
0,00 lt
Ten artykuł lubią: Gotfryd Slavik de Ruth, Andrzej Swarzewski, Fryderyk von Hohenzollern, Sorcha Raven.
Komentarze
Ten artykuł oczekuje na pierwszy komentarz.

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.