Dwór Książęcy, Tomasz Ivo Hugo, 15.05.2017 r. o 21:31
Pewnego razu w Sarmacji...

Artykuł został oznaczony jako Artykuł na Medal.
C
hciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć o Śmiałkach z Księstwa Sarmacji, którzy postanowili poddać próbie swoją wiedzę i zdobyć trochę libertów. Kiedy to było? Nie pomnę – może niedawno, może dawno temu, ale nie dalej jak 15 lat wstecz.

B
ył taki dzień, a może dni – któż to wie?, gdy każdy z nich znalazł pod swoimi drzwiami, wsuniętą przez szparę na dole, kartkę z tajemniczym zaproszeniem:
Cytuję:
Śmiałkiem czy poszukiwaczem przygód mienić się może każdy!
Ale czy podołasz zadaniom, które przed Tobą postawię?
Jeśli nie obce Ci przygoda i wyzwania, chcesz także mieszek swój wypełnić,
Przyjdź do gospody w niedzielę, nie później niż tuż po zachodzie słońca.
Głupi list, pomyślałoby zapewne wielu, lecz w Sarmacji przecież wszystko się może wydarzyć, każdy może być tym, kim zechce. A gdy jeszcze taka korespondencja trafia do poszukiwacza przygód, przekaz trafia na podatny grunt, wprost do serca awanturnika.

C
hcecie wiedzieć kto ów list otrzymał? Nawet jeśli nie, to i tak Wam opowiem. Pierwszy, jak mi się zdaje, ów list odczytał Robert von Thorn, zwany Kanclerzem. Drugim śmiałkiem był młody, acz rzutki i łaknący przygód Sarmata - Jihymed Niezyd, zwany Młokosem. Kolejny list padł łupem Zbyszka Gustolúpulo , zwanego Pandą. Wśród poszukiwaczy była także dwie niewiasty, pierwsza, która otrzymała, to, zwana Białą Baronessą, Yennefer Heach. Kolejnym adresatem był Krzysztof Macak, zwany Sigmarusem. Następny awanturnik to Adam Jerzy Piastowski, zwany Ejdżejem. Do nich dołączyć miał także Daniel January von Tauer-Krak, znany także jako Ezio. List swój odczytał także Henryk Wespucci, zwany… po prostu Wespuccim. Także Arcadio Deliart, zwany Aniołkiem, swój list otworzył i przeczytał. Kolejny list otworzył Byk , jak zwano Alberta Felimi-Liderskiego. Julian Fer także był adresatem i czytelnikiem owego listu. I wreszcie druga kobieta - jako ostania z tej grupy, która odczytała przesyłkę - Carmen Laurent, zwana Konsyliarką. Skąd wiem, że w takiej właśnie kolejności listy odczytali? Ano wiem, czasem narrator wie takie rzeczy. Ale nie wszystkie - czy to byli wszyscy, którzy odczytali? Dowiemy się, być może, w dalszym ciągu tej opowieści. Skupmy się tymczasem na tej grupie, zacnych awanturników, poszukiwaczy przygód, niespokojnych dusz.

P
ierwszy, jak zawsze, przybył do gospody Robert von Thorn. Zastał tylko szynkarza, więc przywitał się i spytał:
- Czy ktoś tutaj był przede mną, mówił coś o przygodach, skarbach?
- Oooo, widzę, że już zaczynacie się schodzić – odparł z uśmiechem karczmarz. – Świetnie, świetnie.
- To wy, karczmarzu ów list przysłaliście? – spytał Robert, wymachując listem, o którym wcześniej Wam napisałem.
Karczmarz tylko się zaśmiał i odrzekł:
- Och, nie pamiętam, kiedy ja list jakikolwiek pisałem. Nie, nie zacny wicehrabio, to nie ja.
- To kto? Widzę przecież, że coś wiecie!
- Nic więcej nie mogę powiedzieć poza przekazaniem, żebyście uzbroili w cierpliwość. Ani zrobić też nie mogę więcej, poza wskazaniem wam, poszukiwaczom przygód, miejsca, w którym będziecie mogli się posilić przed podróżą.

Kończąc swoją wypowiedź, szynkarz skierował się w delikatnie zaciemnione miejsce, trochę na uboczu karczmy (inne stoły stały w dalszej odległości) i zapraszającym gestem wskazał pierwszemu poszukiwaczowi przygód miejsce, gdzie ma się udać, gdzie może spocząć. Obok stołu stał wieszak, podobnie jak stół - tylko dla adresatów tajemniczego listu, jak się okazało. A na stole… całe mnóstwo smakołyków, i na ciepło, i na zimno. A i popić było czem – wodą, sokami i alkoholem. Nasz pierwszy bohater stwierdził, że to dobry moment, żeby się posilić przed przygodą, więc zachęcony zapachami i wyglądem poczęstunku, usiadł i powoli zaczął spożywać.

L
edwie usiadł do jadła, drzwi niemal wpadły z hukiem do karczmy, tak mocno je pchnął Młokos. Myślał, że jak zwykle jest spóźniony, więc zaczął przepraszać. Chyba sam nie wiedział kogo, bo mówiąc „przepraszam” kilka razy, ciągle się rozglądał po karczmie. Gdy zauważył, że nikogo w niej nie ma, poza karczmarzem, skierował kroki do szynku, żeby zagadnąć czy coś wie. Tymczasem ten ostatni już z daleka zaczął go kierować do stołu, przy którym siedział już Kanclerz.
- Tędy, tędy, mości Jihymedzie. Jeszcze nie wszyscy przyszli.
- Nie wszyscy? – spytał zdziwiony Niezyd. – To będzie jeszcze ktoś?
- Nie wiem, być może. Zważywszy na to, że nie jesteście pierwszym, mogę się domyślać, że i ostatnim nie będziecie.

Jihymed trochę nieufnie spojrzał na karczmarza, ale gdy rozpoznał w siedzącym już przy stole Roberta von Thorn, uśmiechnął się i podejrzliwość w jego sercu zmalała.
- Dzień dobry wicehrabio! Cieszę, że was widzę.
- Dzień dobry, dzień dobry - odpowiedział Robert, trochę pospiesznie, ponieważ nie spodziewał się nowego Sarmaty. W końcu nie znał go, jako poszukiwacza przygód.

Jihymed usiadł naprzeciwko pierwszego gości, nalał sobie trochę alkoholu, wybrał sobie jakiś smakołyk i zaczął powoli przeżuwać. Między kolejnymi kęsami i łykami zagadywał trochę Roberta i tak powoli atmosfera się rozluźniła, a Robert przekonał się, że Jihymed nie jest świeżakiem w awanturnictwie.

G
dy tak sobie wesoło gawędzili, w drzwiach zjawiła się kolejna postać. Trochę tajemnicza, w czarnych szatach i kapturze na głowie. Ale gdy nowy przybysz zdjął kaptur… okazało się, że to przybyszka. Ni mniej, ni więcej, tylko Yennefer Heach.
- Ojej, to ja tak wcześnie jestem, że jeszcze nikogo nie ma? - powiedziała ni to do karczmarza, ni to do siebie.

Karczmarz w zasadzie już, gdy zobaczył Yennefer w drzwiach, wiedział kto zacz. Uśmiechnął się do niej i wychodząc zza lady, zaprosił, żeby podążąła za nim.
- Rozczaruję wicehrabinę – odparł ciepło karczmarz – ale nie jest wicehrabina pierwsza.

Widząc zdziwienie na twarzy wicehrabiny, która rozejrzała się po z pozoru pustej karczmie, szybko dodał:
- A tak, tak, trzymałem dla was, podróżnicy, ustronne miejsce, by nikt wam nie przeszkadzał.

Po czym udał się w kierunku stołu, przy którym siedzieli Robert i Jihymed. Yennefer powoli poszła jego śladem.
- Witajcie! - przywitała pierwsza obu mężczyzn.
- Dzień dobry wicehrabino – wstał Jihymed trochę speszony obecnością wśród tylu szlachciców.
- Cześć Yenn - uśmiechnął się do nowego gościa Robert.

Nim Yennefer usiadła, mężczyźni już ją obsłużyli - jeden nalał picie, które wybrała, a drugi nałożył jedzenie. Długo nie minęło, gdy zaczęli już swobodnie rozmawiać o swoich przygodach, zastanawiać się nad tym, co ich może czekać.

W
tem, kopniak drzwi otworzył. Z łoskotem otwarły się do środka, a w drzwiach przez chwilę było widać tylko czyjąś nogę. Po czym do karczmy szybko wskoczył uśmiechnięty Zbyszko.
- Co tam, jak tam, wszyscy już są? - rzucił w stronę karczmarza.

Przez twarz tego drugiego przemknął grymas zdziwienia - czyżby Zbyszko wiedział tyle co on? Jednak wtedy Zbyszko dodał:
- Taki żarcik, zacny panie. Otrzymałem list, w którym zaproszono mnie do waszej karczmy. Nie wiem jednak po co.
- Ach, witaj, witaj Pando - odetchnął karczmarz. - Żarcik trafiony, ponieważ już kilka osób czeka przy stole, do którego jesteś proszony.

Tym razem zdziwienie spłynęło na twarz Zbyszka - nie sądził, że ktoś kojarzy jego pseudonim. Poszedł jednak za karczmarzem i zdziwienie szybko zastąpiła radość, gdy zobaczył zebranych.
- Witajcie moi drodzy!
- Witaj Zbyszko! - powitali go chórem zebrani.

Zbyszko energicznie wskoczył za stół i szybko zabrał się do konsumpcji. Oczywiście do rozmów i rozważań skąd się tu wzięli też ochoczo się przyłączył.

K
rótko po tym, jak Panda usiadł, w drzwiach pojawił dumny, postawny mężczyzna, z lśniącym młotem w ręku. Zmierzył karczmę wzrokiem, a zauważywszy karczmarza, skinął na przywitanie. Karczmarz odpowiedział skinieniem i zapraszającym gestem poprowadził do miejsca, gdzie siedziała nasza czwórka.
- Witajcie zacni ludzie.
- No cześć vhris! Dzień dobry Sigmarusie! - przywitali go obecni.

Sigmarus zdjął płaszcz i zasiadł do stołu, trzymając blisko siebie swój młot; odmówił odłożenia na stojak z bronią. Po wymianie uprzejmości ze wszystkimi, także i on dołączył do uczty.

N
ie trwało to długo, gdy wpadł kolejna niespokojna dusza. Dzierżąc miecz w ręku, wpadł do karczmy, wyglądający na lekko zdezorientowanego, Adam Jerzy Piastowski.
- Dzień dobry, czy dobry wieczór. Miałem się tu stawić.
- A tak, tak, witam zacnego Ejdżeja, zapraszam - przywitał go szynkarz i od razu zaprowadził do ucztujących.
- O, cześć! To tylu już was tu jest? Wszyscy po to samo? Też dostaliście list? - zasypał siedzących na powitanie Adam Jerzy.
- No siemka Ejdżej! Witam Andrzeju! Dzień dobry Wicehrabio! - przywitali go biesiadnicy.

A
niedługo potem w drzwiach pojawił się kolejny poszukiwacz przygód.
- Witaj zacny karczmarzu. Azaliż przygody w twym przybytku jakie znajdę?
- Witaj zacny Ezio. Pozostali już czekają na ciebie.
Skąd on wiem, żem Ezio zwany” z podejrzliwością pomyślał Daniel January von Tauer-Krak, a na głos tylko spytał:
- Jacy pozostali. O niczem mi nie wiadomo.
- Nikomu z was nie wiadomo, ale zapewniam, że wszyscyście w tym samym celu przybyli - zapewnił go karczmarz. A gdy zobaczył niepewność i powściągliwość Daniela, dodał - Zapraszam, zapraszam Hrabio do stołu.
Na dźwięk „hrabiego”, Ezio się trochę rozluźnił, ale podążając za karczmarzem zachował bezpieczny dystans. Jednak gdy zobaczył zebranych odetchnął i rozluźnił się.
- No witajcie zacne mordeczki. Nie mówcie, że będziecie mi przeszkadzać w zdobyciu bogactw.

Wszyscy odparli śmiechem na takie przywitanie, Robert coś wspomniał „Chyba ty mi” i wszyscy, już razem z Danielem, dalej ucztowali.

T
ymczasem w drzwiach pojawił się kolejny jegomość i od progu rozpoczął swój monolog:
- No dzień dobry albo dobry wieczór, bo już się ściemnia. Miałem się tutaj dzisiaj stawić, ale nie wiem czy dobrze trafiłem. Zrezygnowałem ze wszystkich swoich funkcji, żeby móc w spokoju udać się w podróż, ku przygodzie. Ale nie wiem czy to tutaj…
- Tak, tutaj, tutaj - niespiesznie, acz z uśmiechem przerwał karczmarz. – Witam, baronecie Wespucci i zapraszam do stołu.
Gości było już tylu, że karczmarz specjalnie nie musiał wskazywać nowo przybyłemu miejsca - Wespucci od razu się domyślił, gdzie ma skierować swe kroki.
- Dzień dobry jestem… - zaczął się przedstawiać Henryk.
- Nie wygłupiaj się Wespucci! Haha, witaj, przecież wiemy kim jesteś Heniu! Cześć Heniek – przerwali zebrani witając Henryka.

Grupa się powiększała, ale przy stole było jeszcze sporo miejsca. Można było więc przypuszczać, i kilku zebranych się nad tym zastanawiało, że więcej osób przybędzie.

I
rzeczywiście, nie minęło wiele od przybycia Wespucciego, gdy w drzwiach pojawił się Arcadio Deliart.
- Dzień dobry, zacny panie - powitał karczmarza. - Zjawiłem się tutaj na zaproszenie, tyleż tajemnicze, co zwiastujące ciekawe przygody.
- A dzień dobry, dzień dobry panie Deliart - przywitał go ciepłym uśmiechem szynkarz. - Już czekają na pana.
- Czekają? - zdziwił się Arcadio. - To oni mnie zaprosili?
- Nie, nie - zaśmiał się gospodarz. - Oni też zostali zaproszeni.
- Ahaa - odparł niepewnie nowo przybyły.

Jednak, gdy usłyszał znajome głosy, bez obaw skierował się do obstawionego stołu. Przywitał znajome twarze radośnie:
- Witajcie!
- Cześć Arcadio! Witaj panie Deliart! No siemka! - przywitali go biesiadnicy. Ktoś szeptem jakby przyznał „rzeczywiście jak aniołek”.

G
dy biesiadnicy gościli kolejną osobę, przed drzwi z furkotem wleciał kolejny przybysz.
- Dzieńdoberek panie karczmarzu. Co tam słychać w wielkim świecie? Kolejeczkę poproszę i mówcie mi Albert.
- A witam, witam - odparł z uśmiechem, aczkolwiek trochę zdezorientowany karczmarz. - Kolejeczkę i owszem, ale sam sobie markiz będzie mógł nalać. Stół już czeka - szybko dodał, widząc zdziwienie na twarzy przybysza, a gdy zdziwienie się pogłębiło, uzupełnił - wszystkiego markiz się dowie w swoim czasie.

Albert podążył za gospodarzem, a gdy dostrzegł kto siedzi przy stole, wyprzedził karczmarza i groźnie krzyknął:
- Ha! Tu mam was! Ktoś wzywał prefekta??

Wszyscy na chwilę zdębieli ze zdziwienia, co młodsi nawet się lekko skulili ze strachu, ale gdy zobaczyli, że Albert ledwo powstrzymuje się od wybuchu śmiechu, wszyscy wybuchli gromkim śmiechem i przywitali nowego gościa:
- Witaj Byku! Dowcipniś się znalazł! Prefekt wszystko widzi!

I
tak wesoło wrócili do wieczerzy, a Albert do nich dołączył. Wówczas w drzwiach pojawiła się kolejna osoba. Był to Julian Fer z rodu Aterów.
- Dobry wieczór zacny karczmarzu. Nie wiem czy mogę z wami o tym rozmawiać, ale list dostałem, a w nim wyraźnie stało, że mam się stawić w waszej karczmie, gdy czeka na mnie przygoda. Choć nie wiem czy to prawda.
- Jak wszystkich dzisiaj, także i hrabia - przywitał go karczmarz. - Zapraszam za mną.

Julian ochoczo podążył za właścicielem i już uśmiech zawitał na jego twarzy, gdy zorientował się, że tylu znajomków siedzi u celu jego spaceru.
- No cześć, dzień dobry. Witam wszystkich razem i każdego z osobna.
- No hej Julek! Cześ L… Julian! Siadaj i częstuj się - przywitali go zebrani.

G
dy Julian siadał do stołu i chwytał za antałek wina, żeby sobie nalać do kielicha, w drzwiach pojawiła się kolejna postać. Ubrana w zielony płaszcz z kapturem, ale nie zakrywała twarzy, a spod nakrycia głowy wystawały długie rude włosy, opadające na ramiona. Przez ramię przełożona była torba, po wystających narzędziach, można było wnieść, że to torba lekarska. Była to oczywiście Carmen Laurent.
- Dobry wieczór, zacny panie karczmarzu - przywitała gospodarza. - Zaproszono mnie w twe progi, lecz miałam się stawić przed zmierzchem. Niestety zajęcia ze studentami zaocznymi trochę mi się przeciągnęły i nie zdążyłam…
- Nic się nie stało szlachetna damo - przerwał jej uśmiechnięty karczmarz. - Witaj w moich skromnych progach i zapraszam cię za mną.

Carmen, widząc serdeczność karczmarza, wyzbyła się swej niepewności co do tego miejsca, aczkolwiek podążała za gospodarzem ostrożnie. Przyspieszyła jednak, gdy zobaczyła, że prowadzi ją on do znajomych osób.
- Witajcie moi mili - z ciepłym uśmiechem przywitała się z wszystkimi.
- Witaj szlachetna damo! Dzień dobry pani rektor! Cześć Carmen – przywitali ją obecni.

G
dy już wszyscy byli posileni, zaczęli różne pogawędki o swoich przygodach, ograniczając się do powolnego sączenia napojów. To był znak dla karczmarza, że może przejść do kolejnego etapu. Podszedł więc w pobliże stołu i poczekał aż wszyscy ucichli, gdy go zauważyli. Po czym oznajmił gościom, ze znanym im już uśmiechem:
- Moi drodzy, to nie ja was tutaj zaprosiłem, ale też dobrze się domyślacie, że co nieco wiem o tym i owym. Jednak nie mogę wam niczego więcej powiedzieć ponad to, że u góry czeka na każdego z was pokój ze świeżą pościelą. Prześpijcie się, wypocznijcie, ponieważ jutro czeka was długa podróż.

Pora nie była późna, poszukiwacze przygód też specjalnie nie byli zmęczeni, lecz na słowa karczmarza, a właściwie, gdy tylko skończył, zachciało im się wszystkim spać. I choć nie raz spali pod gołym niebem, na twardym podłożu, to nagle, dziwnie perspektywa miękkiego łóżka i czystej pościeli wzmogła w nich ochotę do snu. Niby niechętnie, ale jednak bez większych oporów, zaczęli wstawać i powoli udali się na górę. Co prawda większość z nich przez chwilę zauważyli, że coś dziwnego się dzieje, bo przecież w podróży nawet dwie doby bez snu wytrzymywali, jednak ich umysł wypełniły po brzegi myśli o łóżku i pościeli. Aż dziw, że nie usnęli w drodze do łóżek…
Dotacje
500,00 lt
Dotychczasowi donatorzy: Gotfryd Slavik de Ruth.
Serduszka
10 816,00 lt
Ten artykuł lubią: Gotfryd Slavik de Ruth, Sławomir von Hohenzollern-Wikidajło, Konrad Jakub Arped-Friedman, Krzysztof Czuguł-Chan, Susanne Delfina Kierkeller, Gauleiter Kakulski, Albert Felimi-Liderski, Yennefer von Witcher, Eradl Adrien Marcus Pius da Firenza, Laurencjusz Ma Hi at Atera, Bartłomiej Czapka, Teodozjusz Azoramath-Arped, Król Patryk I Labacki, Henryk Wespucci, Andrzej Fryderyk, Paviel Gustolúpulo, David de Hoenhaim, Guedes de Lima, Thimoteus ik Hohentsolern.
Komentarze
Sławomir von Hohenzollern-Wikidajło
No szykuje się świetną powieść. Trochę przypomina gospodę z władców pierścienia:) czy to będzie fantastyka?
Odpowiedz Permalink
Tomasz Ivo Hugo
Zobaczymy co z tego wyjdzie. Z pewnością konwencja fantastyki, a jak się uda... zapraszam do śledzenia wątków w tym dziale
http://fc.sarmacja.org/viewforum.php?f=698
Odpowiedz Permalink
Daniel January von Tauer-Krak
Wiecie co? musimy koniecznie zmienić Księstwo Sarmacji na Wioska Smerfów...
Odpowiedz Permalink
Tomasz Ivo Hugo
Hm, ciekawa koncepcja :) A skąd taki pomysł przyszedł Hrabiemu do głowy?
Odpowiedz Permalink
Daniel January von Tauer-Krak
Czytając pomiędzy wierszami

Papa Smerf
Dziadkowie Smerfy( bo tych mamy kilku )
Smerfetki też się znajdą,
Kandydat na ważniaka też jest, a w zasadzie to był...
Laluś tez się znajdzie, Roland nie szukając daleko...
Smerf Osiłek też dość oczywisty... (Hetman)
Poeta ( Vladek na przykład)
Pracuś (Orjon,Avl, Czuguł)
Maruda (Kwazi lub jakiś inny teutonczyk)
Istna wioska smerfów...
Odpowiedz Permalink
Sławomir von Hohenzollern-Wikidajło
Ja mogę być niedorajdą:)
Odpowiedz Permalink
Julian Fer at Atera
Podoba mi się ta wędrówka, ale w labirku (tfu udzieliły mi się te wasze smerfy) przydało by się przynajmniej jakieś łuczywo :)
Odpowiedz Permalink
Sławomir von Hohenzollern-Wikidajło
Chciałem powiedzieć ciamajda. A razem powiedziałem nie z ciamajdą bo to dałem jako imię
Odpowiedz Permalink
Bartek Staniszczak
O jakie długie ;)
Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.