6207. dzień niepodległości Księstwa Sarmacji
204. dzień panowania Piotra III Łukasza
Gazeta Teutońska, Roland Heach-Romański, 16.09.2013 r. o 15:57:21, tantiemy: 7 274.00 lt
[KONKURS MDN] Więzienna rzeczywistość cz. 1.
Seria wydawnicza: Więzienna rzeczywistość
o3LRe4Po.jpg
Rozdział I
Czarcia machina ruszyła...

Tej nocy nie spałem. Ubrany w nieco przetarty i sfatygowany garnitur siedziałem samotnie w fotelu, w moim złotogrodzkim mieszkaniu, wpatrując się beznamiętnie w gwiazdy tańczące na nocnym niebie. W powietrzu unosił się dym przypalonego cygara. Dostałem je w prezencie, od Markusa Arpeda, kiedy jeszcze odwiedzałem go w Almerze. Teraz jednak miało to miejsce rzadziej, by nie powiedzieć, że wcale. Baridas ostatni raz widziałem na oczy tego pamiętnego dnia, gdy wyprawiałem swój wieczór kawalerski. Cóż... żeby nie wyjawiać wszystkiego co miało tam miejsce, bo jak wiadomo, to co działo się w Ciuad de Bravo to zostawało w Ciuad de Bravo, powiem tylko, że była to jedna z ciekawszych nocy mojego życia i jedna z tych, których do końca nie pamiętam. Potem jednak zaangażowałem się w rzeczy, które sprawiły, że teraz, dzisiaj, kiedy dokoła nie było słychać nic, prócz syren alarmowych i dźwięków radiowozów, przeczesujących wszystkie uliczki miasta, siedziałem sam, cierpliwie czekając na nieuniknione.

Cygaro wypalało się w popielniczce. Zaciągnąłem się nim może raz czy dwa, tak by nieco wykaszleć się i podrażnić gardło, tak by nieco zastopować ciężki oddech i unormować własne emocje. To były dwa soczyste zaciągnięcia, dwa prawdziwie mocne sztachy, które w swój nienaturalnie niezdrowy, nienaturalnie arogancki, a przez to i cudowny sposób sprawiły mi niekrytą radość i przyniosły niespodziewaną ulgę. Dużo myślałem tej nocy. Wszak samotność sprzyja rozmyślaniom. Człowiek oderwany od zgiełku codzienności zaczyna zastanawiać się nad sensem własnego życia. Ja rozpamiętywałem dawne wybory. Sądzicie zapewne, że czekając na nieuniknione, żałowałem czegoś? Nie. Nie żałowałem niczego, prócz tych wszystkich razów, kiedy zabrakło mi odwagi by przekroczyć przysłowiowy Rubikon. Decyzje, które podjąłem wydawały mi się zawsze trafne, choć nie zawsze logiczne. Ale czy człowiek może w życiu kierować się tylko logiką? Czy rozum jest jedynym zdatnym do podejmowania decyzji autonomium w ciele człowieka? Tej nocy dużo myślałem.

Bawiłem się pionkiem do gry w szachy. Obracałem nim w palcach lewej dłoni, prawą zaś podpierałem się o podłokietnik fotela. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że owy pionek pochodził z podarku jaki otrzymałem od żony, w dwa dni po naszym ślubie. Zastanawiałem się podówczas, czy list jaki nadałem do niej wczoraj, a jaki dojdzie do celu jutro, gdy prasa sarmacka będzie już rozszarpywać mnie na strzępy, pozwoli jej zrozumieć dlaczego musiałem zrobić to co zrobiłem. Zastanawiałem się czy zrozumie moje postępowanie. Zastanawiałem się, czy będzie w stanie pogodzić się z podjętą przeze mnie decyzją, decyzją trudną i niezaprzeczalnie dziwną. Byłem pewny, że tak, wszak byłem pewny, że znam ją na tyle dobrze, by pewne jej reakcje przewidywać z dokładnością, z jaką Helwetykowi Romańskiemu przychodziło krytykowanie projektów ustaw w gmachu Sejmu.
a1b232aa137dc022c92d5e2c27c_prev.jpg

Tej nocy nie spałem. Ubrany w nieco przetarty i sfatygowany garnitur siedziałem samotnie w fotelu, w moim złotogrodzkim mieszkaniu, nasłuchując kroków na klatce schodowej, wyczekując tych, których należało się spodziewać. To zaskakujące z jak wielkim spokojem przyszło mi zaaprobować własną porażkę, jak bardzo mnie to nie obeszło. A może było wręcz przeciwnie? Może strach jaki wówczas czułem był na tyle wielki, że nie pozwalał na nic innego jak bezczynność? Może nie siedziałem w fotelu będą dumnym, a będąc bezradnym? Tej nocy dużo myślałem. Myślałem intensywnie i burzliwie. Myśli moje snuły się po ciemnych zakamarkach umysłu rozświetlając go długimi nićmi wniosków i refleksji, tak bardzo przypominając błyskawice prujące nocne niebo, zdobiące je tysiącem zygzaków w ciepły letni wieczór, gdy aura najbardziej sprzyjała powstawaniu grzmotów.

Będzie co ma być, mówiłem do siebie cicho szepcząc pod nosem wyrazy, będące nimi tylko z nazwy. Co i rusz popijałem kukulicę, ale nie w ilościach zatrważających. Chciałem być rumiany, rześki, chciałem mieć błyszczące oczy, gdy zjawią się oni. Liczyłem, że nie dam im podówczas satysfakcji, że nie pozwolę im się zaskoczyć w piernatach, bezbronny niczym nowo narodzone dziecko. Moim celem w tamtej chwili było zaskoczyć ich maksymalnie, zaskoczyć ich całkowicie. Byłem dumny z siebie. Byłem też już nieco wstawiony.

W ciągu dnia odbyłem kilka rozmów telefonicznych. Głównie z bratem, który wyczuwał, że coś jest nie tak. Najbardziej zapadła mi w pamięć jedna z nich. Bardzo osobista, bardzo trudna. Rozmowa z gatunku tych koniecznych, tych bez których nie ma później ciekawych opowieści przy wigilijnym stole, albo letnim ognisku.

- Nie masz zamiaru umierać, co? - wtrącił Mirosław, bardzo zaskoczony tonem i stylem mojego mówienia . - Gadasz tak jakbyś zaraz miał powiedzieć: „Wynoszę się do Scholandii, gdzie powoli i bez pośpiechu dokonam żywota”. Nie wiem co siedzi w tej twojej główce, ale nie próbuj takich sztuczek. My z Siergiuszem nie boimy się takich wypraw, nie boimy się scholandzkiej ziemi i jeśli trzeba...

- Nie trzeba. Nie wybieram się do Scholandii. Nie wybieram się nigdzie. Chce tylko mieć pewność, że zaopiekujesz się moją rodziną, gdyby okazało się, że ja już nie mogę tego robić. Daj słowo, wiem, że to duża prośba, ale bardzo mi potrzebna. Nie dociekaj dlaczego.

- Przecież wiesz, że nie będzie z tym żadnego problemu. Mam trochę włości w Sarmacji, a i w Dreamlandzie dorobiłem się niezłego majątku. Twoja żona i córki nie będą miały źle. Dopilnuję tego, choć wiedz, że nie sądzę bym kiedykolwiek musiał dotrzymać tej obietnicy. Ale obiecuję ci, bracie, że zaopiekuję się nimi należycie, jeśli ty nie będziesz mógł tego zrobić sam.

- Dziękuję – po tych słowach zapanowała głucha cisza, tak z jednej jak i z drugiej strony.

- Roland, odpowiesz mi na jedno pytanie? - głos mego brata zdał mi się podówczas inny, taki jakiś... nowy, całkiem niepodobny do tego jaki zwykłem słyszeć na co dzień, w czasie naszych długich rozmów o sprawach różnej wagi.

- Postaram się.

- Przez ostatnie dni wiele się dzieje w Sarmacji. Ludzie, których znałem wplątali się w różne dziwne interesy i machlojstwa, w różne dziwne sytuacje, przez które teraz pokutują w wiezieniach. Śmieszy mnie postawa sądu, bo wiesz, sadzać do pierdla za byle co to sztuka dość prosta, ale uzasadnić to, to już zadanie niełatwe. Czy ty też jesteś w to zamieszany?

- Nie mogę ci tego powiedzieć. Im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie, bracie. Wspominaj czule nasze wypady ze znajomymi do Ciuad de Bravo. Ucałuj ode mnie Siergiusza i trzymaj się na razie z dala od Grodziska, będzie tam nieciekawie niebawem. Teraz muszę już kończyć. Hej-ho!

- Ale?...

Nie słuchałem niczego do końca. Mirosław zaś słuchał zapewne głuchego sygnału przerwanego połączenia. Zapewne zastanawiał się co miałem na myśli, co mnie tak odmieniło. Zapewne głowił się jak dociec prawdy. Zapewne próbował dowiedzieć się czegoś od Ivette, od Karoliny, od Markusa. Zapewne i oni się zaskoczyli. A przynajmniej bardzo chciałem by tak było. Bo gdzieś w głębi serca, po mimo tego, że tamtego dnia zrobiłem dosłownie wszystko by być samemu w mieszkaniu bardzo potrzebowałem bliskości bliskiej osoby. To był jednak luksus na jaki nie mogłem sobie pozwolić.

Tej nocy nie spałem. Ubrany w nieco przetarty i sfatygowany garnitur siedziałem samotnie w fotelu, w moim złotogrodzkim mieszkaniu. Było to mieszkanko dość małe, by nie rzec – kawalerskie. Dwa pokoje, kuchnia i łazienka, to nie zbyt dużo. Przy czym słowo „kuchnia” byłoby zbyt wielkim określeniem, na wydzielony kwadracik z miejscem na lodówkę i mały kredensik, wypełniony porcelanowymi naczyniami. Ja siedziałem w dużym pokoju, który przerobiłem sobie na gabinecik. Mahoniowe biurko i skórzany fotel byli mi przyjaciółmi odkąd się tu wprowadziłem już ponad pół roku temu. Ach poleciał ten czas. A teraz wszystko miało się zmienić. Miałem to zostawić za sobą i iść w nowe miejsce, nie koniecznie z własnej woli. Szalałem dość mocno. Szalałem w duszy, niemo krzycząc i rozpaczając nad własną ułomnością. Odkładając pionek wziąłem do ręki najnowszą gazetę, by ostatni raz rzucić okiem na tytuły artykułów. „Napaś na diuka”, „Kupostolcyzm”, „Lepkonomika stosowana” oraz „Wszystko złoto co się świeci...” to tylko niektóre, relacjonujące bieżące wydarzenia. Na wspomnienie o nich dziś na mej twarzy maluje się uśmiech drwiny. Tamtej nocy powodowały one we mnie wielki smutek i nostalgię. Odłożyłem gazetę i wstałem, prostując się i układając na nowo kancik spodni. Wziąłem cygaro do ręki, a raczej resztki cygara, i podchodząc bliżej okna przeczesałem dłonią włosy. Potem jeszcze raz i jeszcze raz.
Gustave%20Caillebotte%20M%C5%82ody%20m%C4%99%C5%BCczyzna%20w%20oknie%20kolekcja%20prywatna.jpg

Za oknem widać było wiele błysków niebieskich świateł. Słychać było krzyk dzieci i płacz kobiet. Słychać było łoskot wyważanych drzwi i wybijanych okien. A przynajmniej ja to słyszałem, uszami wyobraźni, jakby nastrajając się mentalnie. Tworzyłem w sobie obraz przyjazny, ale też i realny, obraz zaskakujący, ale też i przewidywalny, tworzyłem złudzenie spokoju i normalności w sytuacji jak najbardziej nienormalnej i nie zrozumiałem dla mnie, a co dopiero dla reszty moich bliskich. Czekałem. Nie wiem jak można się przyzwyczaić do tego strasznego stanu oczekiwania, szczególnie jeśli jest się tak niecierpliwą osobą jak ja. Potem miałem dowiedzieć się jak bardzo to prozaiczne, ale nie o tym teraz. Robiąc kółka z dymu patrzyłem na zmęczony dniem, śpiący słodko Złoty Gród. Patrzyłem na neony zdobiące co ważniejsze miejsca miasta, podziwiałem blask latarni, do złudzenia przypominający ognie pochodni, wpatrywałem się w psa, który włóczył się przy śmietniku, poszukując zapewne czegoś do jedzenia. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem o mojej matce i o tym, że jeśli da los, ujrzę ją niebawem.

Tej nocy nie spałem. Ubrany w nieco przetarty i sfatygowany garnitur stałem samotnie przed oknem, w moim złotogrodzkim mieszkaniu, nasłuchując kroków na korytarzu. Tym razem usłyszałem coś więcej niż ciszę i wycie wiatru w dziurawym zadaszeniu ganka budynku. Usłyszałem coś na kształt bandy dzieciaków, która wróciła z boiska, jest głodna i pobudzona i lata wte i we wte czyniąc taki hałas, jaki czynią samoloty startujące z opóźnieniem (nie pytajcie co to znaczy). Podszedłem szybkim krokiem do komody na lewej ścianie. Założyłem na głowę kapelusz w iście gangsterskim wydaniu i przez chwilę trzymając w ręku fotografię zacnej czarnolesianki, zamyśliłem się.

Jak każdy, kto miał do czynienia z dziećmi wiedziałem, że nie dają one myśleć, tak i ja nie miałem zbyt wiele cennych chwil na rozbudzenie pięknych wspomnień o długich nocnych rozmowach przy herbacie i o wycieczkach konnych. Nie miałem na to czasu.
12221688-retro-mezczyzna-stojacy-szkla-w-poblizu-okna.jpg

Moje dość przeciętne drzwi uległy sile barczystego mężczyzny w kominiarce na głowie. Runęły z wielkim hukiem na podłogę rysując klamką dość drogie panele. Do środka weszło czterech barczystych osiłków, co to się twierdzi, że są kolejnym ogniwem ewolucji człowieka, ze względu na brak szyi. Za nimi wszedł odziany w długi szary płaszcz jegomość, którego skądś już znałem. Szybkim ruchem ręki zakryłem zdjęcie i włożyłem je do kieszeni spodni.

- Niepotrzebnie pan fatygował swoje ramię, drzwi były otwarte. Troszkę nawet ich szkoda, ale... - spojrzenie pana w płaszczu skutecznie mnie zniechęciło do dalszego drwienia.

- Kawaler Roland Heach, legitymujący się paszportem AF181, zamieszkały w Złotym Grodzie?

- Zgadza się.

- W imieniu Jego Książęcej Mości mamy polecenie aresztować kawalera oraz doprowadzić do sarmackiego aresztu, gdzie zaczekacie sobie na właściwą podróż. Odczytałbym wam prawa, ale nie złożyliście odpowiedniego wnioseczku, a i ustawa nie przewiduje nic podobnego, a ja nie lubię się przemęczać. Widzę, że gdzieś się kawaler wybierał?

- Nie, czekałem tylko na was.

- Czekał na nas. Widzicie go, jakiś się nam trafił awangardzista. Mnie to nie wzrusza. Pójdzie kawaler z nami. Niestety, ale będzie kawaler podróżował z pewnym wandejczykiem, którego ujęliśmy przed chwilą w budce z kebabami al-rajńskimi.

- Jakby zależało mi na wygodzie...

Oczy funkcjonariusza machiny systemu zrobiły się nad wyraz roześmiane. Wyjąwszy zza pleców kajdanki dość nonszalancko podszedł do mnie. Zachodząc z tyłu rechotał przy tym, jakby sprawiało mu to nie krytą satysfakcję. Zakładając mi pęta sarmackiej władzy na nadgarstki szarpną nieco mocniej w tył za marynarkę tak bym musiał odchylić się do tyło. Jego twarz przysunęła się do mojego ucha.

- Radzę przywyknąć do ciasnoty. Ciasność jest bardzo pożądana w sarmackich więzieniach – roześmiał się przeraźliwie, po czym popchnął mnie mocno do przodu. - Zabrać go. Nie mam całego dnia, muszę jeszcze nanieść poprawki z błędomatu...

W milczeniu wyprowadzano mnie z mieszkania tak cennego dla mnie. W radiowozie siedziała już jakaś masywna postać. Ale pochylony do ziemi nie miałem jak rozpoznać, lub choćby przypuszczać kto to może być. Jegomość w płaszczu nucił pod nosem: „To nie ja byłam Ewą...”.
69_kajdanki_rece_dlonie_zatrzymany_policja.jpg

Gdy otworzyły się drzwi radiowozu, a moja twarz znalazła się w pozycji dogodnej do obserwacji otoczenia nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Zaskoczony i sparaliżowany jednocześnie strachem i zdumieniem. Poczułem jak moje ciało przeszywa dreszcz.

- Avril, ty skurwysynu, ja Ci tego nie daruję, chuj Ci w dupę cwelu! Trololololo! To jest napaś!

Tyle usłyszałem, po czym uderzono mnie w głowę tak, że straciłem przytomność. Pamiętam jeszcze tylko cichy śmiech drabów z symbolami prefektury na ramieniu i słowa: „Mamy komplet panie Levengothon, możemy jechać do bazy”. Tej nocy nie spałem długo...

cdn.
ZJ11mz6Y.png
Dotacje
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
Nie jesteś zalogowany i nie dodasz serduszka
Komentarze
Ten komentarz czeka na serca.
Marek von Thorn-Chojnacki, 16.09.2013 r. o 20:28:06
Genialne, super chce wiecej :D
odpowiedz
Lubią ten komentarz: Roland Heach-Romański, Mirosław Kryński.
Ivusia Buddusówna, 16.09.2013 r. o 20:59:26
Napisanie komentarza z cyklu "Super" przy czymś takim mija się trochę z celem, bo słowo "super" nawet w jednej swojej setnej nie wyraża tego jak lekko i przyjemnie czyta się Twój tekst. Wciągająca fabuła i ciekawie rozwinięty wątek pozwala mi przypuszczać, że seria ta może być najlepszą jakąkolwiek tutaj przedstawiłeś. Bardzo mi się podoba i nawet oczekuję więcej, bo to kawał dobrej roboty, który warto przeczytać i skomentować! To praca na najwyższym poziomie i poprzeczka postawiona bardzo wysoko

a
i....
Uwielbiam ściany TEKSTU! Omnomnomonomonomnooom <3 <3 <3
odpowiedz
Lubią ten komentarz: Roland Heach-Romański, Siergiusz Asketil.
Mirosław Kryński, 17.09.2013 r. o 12:18:16
Ożesz, na sto butelek kukulic, siedemnaście magazynów rumu Adriena, trzysta siedemnaście żaglówek Siergiusza, dwieście osiemdziesiąt trzy hektary Dreamlandzkiej ziemi, siedemset minut darmowych rozmów i 0, dokładnie, na Zero!

ARCYDZIEŁO!

Bracie mój, bracie mój biedny! Cóż się z Tobą zadziało?!

*Szuka prawniczych wtyk u Siergiusza i Markusa.*
Lubią ten komentarz: Roland Heach-Romański.
Mirosław Kryński, 17.09.2013 r. o 12:28:50
Jeszcze jeden komentarz! Wprowadziłeś mnie, bracie, w stan euforii twórczej! Niechaj Ci Zero błogosławi! <333333 <33 <33 <33 <3

I uwielbiam, UWIELBIAM ten środek stylistyczny, to powtórzenie:
Quote:
... Tej nocy nie spałem. Ubrany w nieco przetarty i sfatygowany garnitur [...].

GE.
NIAL.
NE.

Byłbyś mistrzem powieści kryminalistycznych! Aaaargh!

*Nie wiedząc, jak wyrazić swoją euforię, łyka kilka gramów paracetamolu.*
Ten komentarz czeka na serca.
Gotfryd Slavik de Ruth, 20.09.2013 r. o 21:54:56
Witam
Jak zawsze Rorald mnie zaskoczył, będę mało oryginalny.
Ale to naprawdę niezły tekst
Czekam kolejnej części...
Ten komentarz czeka na serca.
Roland Heach-Romański, 20.09.2013 r. o 22:58:10
Są już 3 części, zaraz wrzucam czwartą :P
odpowiedz
Dodaj komentarz

Nie jesteś zalogowany