6205. dzień niepodległości Księstwa Sarmacji
202. dzień panowania Piotra III Łukasza
Gazeta Teutońska, Roland Heach-Romański, 25.02.2013 r. o 08:24:16, tantiemy: 0.00 lt
Perła w Koronie cz. 1.
Seria wydawnicza: Sztuka Apollina
Perła w Koronie


Wstęp
Młody Henry Heach siedział sobie wygodnie na podłodze ściskając w dłoni misia, nieco już poprutego i wyraźnie starego. Był to jednak prezent od babci, a jak wiadomo nie można takowych lekceważyć i pozostawiać samym sobie. Toteż pomimo tego, że chłopiec miał już 12 lat ilekroć wracał do rodzinnego domu jego matki, by odwiedzić dziadków i spędzić z nimi wakacje, tylekroć odnajdywał swego misia i zabierał go ze sobą.

- Dziadku, opowiedz jakąś historię, proszę Cię.

- Mam opowiedzieć ci jakąś historię... hm... Babcia mówiła, że nie jadłeś obiadu dzisiaj. Nie wiem czy zasłużyłeś.

Małe błękitne oczka chłopca przybrały kształt zgoła odmienny i bardzo proszący. Pochwyciły tym samym starego Rolanda za serce. Jakże mógłby odmówić wnukowi ostatniej historii w te wakacje? Nie miał prawa i nie chciał. Wnuczek mieszkał bowiem niezwykle daleko i widywanie go było niejako przywilejem, który staremu już Teutonowi sprawiał nie lada radość.

- Dobrze zatem – powiedział w końcu Roland, drapiąc się po brodzie. - Opowiem ci dzisiaj nie lada historię, dlatego uważnie się w nią wsłuchuj. Dawno Dawno temu...

Rozdział I
Gościniec

Krwawoczerwone słońce chyliło się ku zachodnim granicom widnokręgu, malując niezbyt zachmurzone niebo najróżniejszymi odcieniami czerwieni, żółci i pomarańczu. Białe Wieże na szczytach zamkowych murów mieniły się tysiącami blasków, wykorzystując do cna ostatnie majaki promieni słonecznych. Długie cienie skrywać zaczęły coraz to większe połacie miasta, jak gdyby dając znak, że najwyższy czas wracać do mieszkań i izdebek. Dzień kończył się.

Delikatne podmuchy wiatru, niczym te z dawna upragnione powiewy świeżości, zamierały teraz, sprawiając, że w głuchym powietrzu zamiast dźwięcznego szumu liści i pojękiwania konarów słychać było jedynie złowieszczą ciszę, przerywaną momentami przez szczekanie psów, czy lamenty wron. W tych stronach każdy, kto przeżył choćby jedną jesień, wiedział, że nie zwiastuje owa aura nic dobrego. Nic, z czego można by się radować i na wieść o ty cieszyć.

Nie ma się więc co dziwić, że gdy mieszkańcy osady zrozumieli, że niebawem nadciągnie nieuniknione, straszne w swym majestacie zło, o jakim mówiło się tu od kilku dni, pośpiesznie zamknęli swe kramy i stoiska, zalakowali faktorie i udali się do swych domostw, by dokładnie zaryglować drzwi i mocno pozamykać okiennice.

Trzeba wam wiedzieć, że był podówczas Anduris, czy jak kto woli ostatni dzień Pory Zbiorów, a to oznaczało, że kończyć będzie się jesień, która po długich już miesiącach swego panowania musiała ustąpić pola swej młodszej siostrze. Stłamszona i wycieńczona musiała uznać, że jej dni w tym roku zostały już policzone, zaś upór, choć zrozumiały, nie przyniósłby nic prócz cierpienia i waśni.

Nie zmienia to jednak tego, że kto zabawił wystarczająco długo w jednym miejscu by się doń przywiązać, nie odejdzie od tak, dla zachcianki kogokolwiek, nawet rodziny. Los jednak bywa nieuchronny i prędzej czy później bierze wszystkich, czy to ludzi, czy duchy stworzenia, w swój zimny uścisk, chcąc jak gdyby patrzeć z bliska, jak próbujemy się wydostać z jego okowów, jak walczymy i jak dogasa w nas dawna wiara w zwycięstwo. Tak było i tym razem. Koniec jesieni był bardzo szary i smutny. Od kilku dni nieustannie padało, a dopiero dzisiaj rozpogodziło się i ucichło całe te zamieszanie.

Co starsi od razu wiedzieli, że czas jesieni nieodzownie przeminą. Wiedzieli oni, że nastaną teraz ciężkie dni, pełne strachów i prób. Dni, których nie wszyscy zdołają doczekać i nie wszystkim dane będzie je przetrwać. Stawali więc oni skromni i pokorni, wobec Białej Damy, chcąc przebłagać ją, śród kaplic i świątyń we wszystkich miastach, wsiach i na co ważniejszych traktach, składając w darze ofiary i z roślin i ze zwierząt.

Jeśli wierzyć plotkom, których w ostatnich czasach nie wiedzieć czemu przybywa po czterykroć więcej niż jeszcze za czasów starego króla, były na południu, za pasmami gór i dolinami rzek plemiona, które by przebłagać surową władczynię Czasów Śnieżnego Zamętu, składały w ofierze młode dziewki, najlepiej dziewice. Na nic się miały im zdawać tłumaczenia wędrownych mędrców, którzy w zwyczaju mieli zjawiać się tylko wtedy gdy byli potrzebni, a którzy głosili, że taka ofiara nie udobrucha gniewu i szaleństwa zimy, że nie sprawi, że śniegu będzie mniej, a mrozy nie skruszą tam i nie poniszczą dróg. Wszakże zima, to nie smok, nie latający gad, który zostawiał miasta w spokoju, kiedy dać mu do pożarcia parę dziewic. Te bowiem smakować miały podobnie jak kurczak zapiekany na rożnie i nie wiedzieć czemu owym gadom smakowały najlepiej.

– Powiadają – ciągną szpakowaty mężczyzna powożący wozem brzęczącym i podskakującym na nierównej powierzchni drogi – że Kurulemowie z południowych ziem panicznie boją się zimy. Nie dziwi mnie to. Przeca u nich trwa ona króciutko, ale srodze daje się we znaki. Nie lada musi to być dla nich wydarzenie, nie sądzicie panie komendancie, taki śnieg o środku upałów. Powiadają, że by przeganiać zimę tamtejsi kapłani składają w ofierze młode dziewki co to jeszcze są czyste, a kwiatu ich nikt nie smakował.

Na te słowa przysadzisty, nieco grubawy i wyraźnie łysiejący mężczyzna siedzący na wozie, tuż za woźnicą wzburzył się nieco, zmarszczył surowe, krzaczaste brwi i za chrząkał.

– Powiadają też, – odezwał się w końcu – że owych czystych dziewek, jak to je określiliście panie Grimboldzie, nie sposób już znaleźć na ich ziemiach. Powiadają, że by nie tracić córek, ojcowie oddają je sąsiadom jeszcze w wieku dziecięcym, by ci zrobili co trzeba i uchronili rodzinę od tego „zaszczytu” ofiarowania młodej kobiety na zimowy stos.

– Co też pan komendant prawi? - zadziwił się szpakowaty woźnica, pociągając przy tym soczyście ze schowanej do tond skrzętnie za pazuchą flaszeczki - Aaa... dobra, - mrukną pod nosem – a więc mości pan twierdzi, że na Kurulemowej ziemi młode kobiety oddają...

Nie skończył jednak zdania, gdy wyrobione ramię jego kompana nabrało impetu i rypiąc z niewyobrażalną siłą w łeb, zgasiło w nim ostatnie beztroskie myśli o południowych tradycjach.

– Otrząśnijcie się, do czterech pór, - rykną komendant, trzymając się teraz za pięść, którą najwyraźniej obił sobie, chcąc przywrócić trzeźwość umysłu pomagierowi – wam tylko chuć i bezeceństwa w głowie. Zastanawiam się coraz częściej, czy aby to, że czasem miewasz dobre pomysły jest jedynie ślepym łutem szczęścia, czy może też jesteś już na tyle kołowaty, że słyszysz głosy, które ci podpowiadają. Patrzaj lepiej na trakt, co by na tym dziurawisku koła nie urwać. Drogi jeszcze przed nami kawałek, a nie widzi mi się pierwszej nocy zimy spędzać gdzieś w szczerym polu, bez ognia i dachu nad głową.

Mężczyzna spiął w dłoniach lejce, szarpną nimi zamaszyście popędzając konie i burkną coś pod nosem, zapewne jakieś klątwy. Dokładnie powiedzieć nie można i nie dlatego, że były to słowa na tyle straszne, że nie pozwalałyby na ich przytoczenie, ale dlatego, że były to słowa wymamrotane tak niestarannie i cicho, że właściwie ciężko nazwać je słowami.

Słońce teraz schyliło się już ostatecznie przed majestatem nocy i zanikło całkowicie z nieba, dając miejsce gwiazdom, tańczącym z dziecięcą radością i cudowną finezją swój conocny taniec. Wierzyło się tu, że owe gwiazdy, to duchy przodków, które co dzień, o tej samej porze zjawiały się by ukoić myśli i utulić żyjących do snu. Mówiło się, że kto ujrzy spadającą gwiazdę, temu zrodzi się syn, lub jeśli jest sam, uda się w zaślubinach, gdyż jeszcze tej samej nocy pozna swą bratnią duszę.

– Zmierzcha już komendancie. Jeśliby zboczyć z głównego traktu jest szansa, że do miasta uda się nam dojechać, gdzieś na... - Grimbold otarł spocone czoło i podrapał się w sam czubek nosa, który z resztą później wytarł w wymiętoszony rękaw lnianego kubraka.

– Zboczyć z traktu? - zaskoczył się komendant – Zastanawiam się ponownie, mój woźnico, czemuż jeszcze nie wybebeszyłem cię i nie porzuciłem śród leśnych norek, co by sprawić uciechę wilkom, albo i grubszemu zwierzowi. Zboczyć z traktu... i co jeszcze? Może jeszcze przez bród na rzece, a nie mostem mamy jechać? Wiedz panie Grimboldzie, że nie po to zostałem komendantem, żeby się teraz wozić jak jakieś niby chłopstwo, w te i z powrotem, z gnojem na pola.

– Wielmożny pan nie ma się co gorączkować. Ja tylko dumam jak do północy dostać się do miasta. Trzeba wam wiedzieć panie komendancie, że dzisiejsza noc nie będzie jak ta zwykła. Co to to nie. Nam potrzeba się śpieszyć. Powiadają, że w tych okolicach w pierwszą noc zimy do życia budzą się duchy lasu, którym nie w smak jest, gdy ktoś przechadza się po ich lasach. Powiadają, że mroźne palce Białej Damy pukają podówczas do ludzkich domów i sadyb, by zmrozić serca i napawać je lękiem. Mówią, że noc ta to noc strachów i duchów, które szukają zemsty na ulicach miast i na gościńcach.

- Nie kłapocz tedy dziobem, a popędzaj konie. Tylko oszczędź mi dalszego ciągu tej opowieści. Nie widzi mi się po nocy słuchać historyjek o smoczych dziedzicach, chochlikach, co to szczają do mleka, czy belzebubach, które kuszą młodych chłopców, a potem... hypf – komendant czkną przeraźliwie, jak gdyby zbierało mu się to jeszcze od obiadu - Zresztą nieważne.

Puchacz wzbił się ku niebu, rzucając cień na sierp księżyca, co i rusz migający pod przykryciem szarawych chmur. Na gościńcu zapanowała głucha cisza. Wóz co prawda jechał szybciej, ale nie przydało mu to ani dodatkowego brzdęku, ani świstu. Komendant patrzył teraz w niebo, jak gdyby marząc, by podróż dobiegła końca. Wszakże śpieszył sie do miejscowej wdowy, baronowej Higroth, która to ogłosiła, że poszukuje męża. Siedząc tak z głową w chmurach, nagle coś odwróciło jego uwagę. Krzaczaste brwi uniosły się, a komendant spoglądając coraz to większymi oczyma w głąb lasu ujrzał... no właśnie. Co?

Ciemność nocnego nieba skrywała sylwetki jeźdźców pędzących w szaleńczym tempie na zatracenie i po kres świata. Kare klacze, których dosiadali zdawały się tylko muskać grunt swymi szlachetnymi, okutymi kopytami. W powietrzu słychać było jedynie szum, szelest nie przypominający normalnego stukotu galopujących koni. Za nimi jechała kareta, a raczej unosiła się nad ziemią, gdyż woźnica tak popędzał konie, że mogło się odnieść wrażenie, iż w owej karocy jedzie ktoś niezwykle ważny i śpieszy się jeszcze bardziej.

Na północy rozkwitały coraz to nowe podejrzane, czerwone łuny unoszące się ponad koronami drzew.

- Dokąd to tak śpieszno?! - wydarł się pan Grimbold, wyraźnie zakłopotany i zaintrygowany całą tą sytuacją.

- Bunt i zdrada. Stolica w ogniu, Król stracony, ratuj się waść jeśli łaska! Ratuj się wa...

Lotka strzały przeszyła szyję jeźdźca, a ten stoczył się wprost pod pędzącego konia.

CDN...
Dotacje
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
Nie jesteś zalogowany i nie dodasz serduszka
Komentarze
Ten komentarz czeka na serca.
Fryderyk von Hohenzollern, 25.02.2013 r. o 20:41:10
Ciekawe, ciekawe muszę przyznać! Pozazdrościć umiejętności, przyjemnie się czyta lekkie pióro.
odpowiedz
Roland Heach-Romański, 25.02.2013 r. o 20:43:16
v-hr. mnie zainspirował, postanowiłem więc się wysilić i napisać coś prozą, bo na poezję niektórzy już psioczą. Nie wiem ile będzie części, ale zapewne około 5 i w odstępach 1-1.5 tygodniowych.
odpowiedz
Lubią ten komentarz: Tytus Aureliusz-Chojnacki.
Tytus Aureliusz-Chojnacki, 25.02.2013 r. o 22:36:25
Bardzo ciekawe :) Gratuluję talentu
odpowiedz
Ten komentarz czeka na serca.
Lanigiria von Graudenz, 26.02.2013 r. o 22:20:44
❤❤❤ Jestem pod wrażeniem!
Dodaj komentarz

Nie jesteś zalogowany