6207. dzień niepodległości Księstwa Sarmacji
204. dzień panowania Piotra III Łukasza
Gazeta Teutońska, Karolina Aleksandra, 30.09.2012 r. o 11:55:10, tantiemy: 0.00 lt
Złoto Gór Trzyczaszkowskich, cz. 5
Seria wydawnicza: Złoto Gór Trzyczaszkowskich
Artykuł został oznaczony jako Artykuł na Medal.
literatura.png
gory.png
Część poprzednia dostępna jest o, tutaj!

Część ta jest dedykowana Radzie Gellonii i Starosarmacji, która zdecydowała się przyznać mi Honorowe Obywatelstwo Gellonii i Starosarmacji. Jestem naprawdę tym zaszczycona :-)

Gdzieś w gellońsko-starosarmackim lesie
– Co do chole...! – rozdarł się Gauleiter, jednakże w dokończeniu przerwała mu zabłąkana skała, o którą się potknął, usiłując zrobić krok do przodu. Runął jak długi na ziemię i ujrzał nad sobą trupiobladą twarz okrytą kapturem.
Otworzywszy usta, próbował wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, lecz skutecznie przeszkodził mu w tym John, który skoczył na napastnika, jednocześnie przydeptując nogą brzuch Scholandczyka. Agresor starał się bronić, lecz Rasmusen zdołał go powalić na ziemię. Skoczywszy na niego, przytrzymał go przy gruncie, po czym odetchnął.
I był to błąd. Napastnik, wykorzystując moment nieuwagi, wyjął nóż i próbował dźgnąć nim Johna. Rasmusen w ostatniej sekundzie zorientował się w sytuacji. Złapawszy przeciwnika za rękę, wykręcił mu ją i wyciągnąwszy nóż, wbił go w ciało agresora.
Gdy napastnik wydał z siebie ostatnie oznaki życia i definitywnie zamarł na zawsze, John westchnął.
– Co tu się dzieje? – rozległ się nagle tubalny bas. Obaj panowie zwrócili się w stronę źródła głosu. Między drzewami stał niski, przygarbiony człowiek. – No? – spytał ponownie, po czym spojrzał na człowieka leżącego pod Rasmusenem. – Ach... – westchnął. – Zapraszam do mojego domu, pewno potrzebujecie pomocy.

Gabinet Księcia Sarmacji
– To przekracza wszelkie granice! – krzyknął do słuchawki telefonu wzburzony Książę. – Macie natychmiast znaleźć Bakonyiego!
– Ale, Wasza Książęca Mość... – próbował powiedzieć Premier Gellonii i Starosarmacji.
– Nie, macie go znaleźć. Nie obchodzi mnie nic, macie go znaleźć! – Książę zaczerpnął oddechu. – Ludzie mi protestują w Czarnolesie, że ja niby kazałem go uprowadzić. Słyszałeś Ty kiedyś lepszy dowcip, hę?
– Niestety, nie... – odparł Premier. – Ale naprawdę nie wiemy, gdzie on może być...
– To wyślij ludzi na poszukiwania, od czego ich masz? Niech się nie duszą przy biurkach, tylko ruszą tyłki!
– Dobrze, Wasza Książęca Mość – służbiście oznajmił Piotr Mikołaj. – Wyślę.

Ministerstwo Obrony Narodowej Księstwa Sarmacji
– Panie Wiśnicki! – do gabinetu wbiegł jeden z sekretarzy ministerstwa. – Panie Ministrze! Niech pan to przeczyta! – krzyknął, kładąc mu na biurku telegram.
Wojciech Wiśnicki, Minister Obrony Narodowej, nie tracił czasu na zbędne pytania. Sięgnąwszy ręką po kawałek papieru, zaczął go czytać.
– O cholera – powiedział. – Niedobrze – dodał, chwytając za telefon. Po chwili miał jasny ogląd całej sytuacji.
Rano na śniadaniu nie pojawiła się połowa żołnierzy z czarnoleskiego garnizonu. Dochodzenie wykazało, iż jeszcze wieczorem byli obecni na kolacji, po czym udali się na patrol wokół murów miasta. Najprawdopodobniej już nie wrócili. Uszczuplenie zapasów garnizonu, zwłaszcza w obecnej, krytycznej wręcz sytuacji, było bardzo nie na rękę wojskowym, jednakże minister obiecał im osobistą wizytę już w tym tygodniu.
– Ciekawe, co robią ten cały Rasmusen i Kakulski, mogliby już dać znać – mruknął Wiśnicki pod nosem, odkładając słuchawkę telefonu.

Gdzieś w domu w gellońsko-starosarmackim lesie
– Wszystko zaczęło się parę miesięcy temu – westchnął gospodarz. – Zaczęły wyłazić te dziwne, no... Ludzie w czarnych płaszczach z kapturami na głowie. I ludziom zaczęło się przywidywać, no, taki jeden mówił, że widział gdzieś takiego czarnego fircyka, gdy stał obok drugiego, a drugi mógłby własną głową zaświadczyć, że nikogo nie widział – opowiadał.
Gauleiter i John spojrzeli na siebie w tym samym momencie.
– Ten gościu siedział na twoim siedzeniu... – cicho powiedział John.
– A ja widziałem go za oknem – odparł Gauleiter. – Czyli to były tylko zwidy?
– Cholibka wie, czy to zwidy – wzruszył ramionami. – Przeca zabiliście jednego dziś. Od nas paru też się biło. I paru zniknęło.
– Ano tak – filozoficznie odparł Rasmusen, wciąż niezbyt zadowolony z tego doświadczenia życiowego.
– Ale skąd oni się biorą? – spytał Kakulski. – Tak sami z siebie wychodzą i atakują?
– Anu, krąży taka historia, ale ja nie wiem, czy ona prawdziwa – gospodarz popatrzył po swoich gościach. – Mówi ona, że był sobie taki król na Trzyczaszkowie, zwał się on Karol Mściwy. No i tenże król rządził okrutnie i niesprawiedliwie, to go chcieli, prawda, usunąć – starzec zatrzymał na chwilę, aby zaczerpnąć oddechu. – No ale nie usunęli, a król powiesił spiskowców. No i mówią, że te wszystkie – machnął ręką w powietrzu. – Te wszystkie dziwa i cudy to z tych spiskowców, że ich zemsta. Ale ja tam nie wiem – wzruszył ramionami.
– To nie ma sensu – oznajmił Gauleiter. – Spiskowcy po paru stuleciach zaczęli się domagać sprawiedliwości? Trochę długo im to zajęło.
– Życie – filozoficznie znów rzekł John. – Bądźmy poważni niczym Antoni Herman Strzałecki i zastanówmy się, co do tej pory ujrzeliśmy?
– Ty zobaczyłeś gościa na moim siedzeniu, ja jakiegoś za oknem... – zaczął wyliczać Gauleiter. – Tam w Czarnolesie mówili, że paru żołnierzy zniknęło na patrolu, tu też paru wieśniaków... – kontynuował, wytężając pamięć.
– No, i ten facet znikąd nas zaatakował kompletnie po ciemku – dodał John.
– A poza tym, w Trzyczaszkowie pochowanych jest znacznie więcej ludzi, niż jacyś tam marni spiskowcy sprzed paru wieków – powiedział Kakulski. – Skąd w ogóle ta opowieść o spiskowcach? – zwrócił się do gospodarza.
– A bo ja wiem – wzruszył ramionami. – Mnie opowiedział stary Wróbel, jemu pewnie Teresa, ta z lasu... Chociaż nie – zamyślił się na chwilę. – Wróbel to, zdaje się, mówił, że służki pana Bakonyiego, te z jego pałacu pod Czarnolasem, tę historię opowiadały. A skąd one wiedzą, to ja nie wiem – wzruszył ponownie ramionami.
– Bakonyi? Kasztelan? – mruknął Gauleiter. – A czemu miałby takie dziwne plotki rozprowadzać? Czy przypadkiem jemu wręcz nie zależało na wyjaśnieniu tej sprawy?
– Chyba, że... to jakiś jego wróg je rozprowadza – zastanowił się John. – To ma nawet sens. Robisz coś nielegalnego, a potem rozprzestrzeniasz ploty o jakiejś ludowej legendzie. I ciemny lud w to wierzy.
– Ale Bakonyi chyba by nie zezwolił sam z siebie na coś takiego. No, chyba że... – Gauleiter zawiesił głos. – Sam jest zamieszany w tę sprawę.

dotacja-flaga-600.png
Dotacje
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
Nie jesteś zalogowany i nie dodasz serduszka
Komentarze
Ten komentarz czeka na serca.
Gauleiter Kakulski, 01.10.2012 r. o 14:53:03
Oh, John! Wiszę Wam śliwowicę w dowolnej karczmie sarmackiej!
odpowiedz
Ten komentarz czeka na serca.
Ignacy Urban de Ruth, 01.10.2012 r. o 17:22:19
Zacne ;)
odpowiedz
Ten komentarz czeka na serca.
Marek von Thorn-Chojnacki, 02.10.2012 r. o 21:39:00
Bardzo zacne
odpowiedz
Lubią ten komentarz: Tomasz Liberi.
Gotfryd Slavik de Ruth, 03.10.2012 r. o 19:36:35
Witam
Raczej nie będę obiektywny ale bardzo mi się podoba
Trzeba przyznać że każda cześć lepsza od poprzedniej:)
To tyle w temacie obiektywności
Dodaj komentarz

Nie jesteś zalogowany