5961. dzień niepodległości Księstwa Sarmacji
252. dzień panowania Roberta Fryderyka
Ostatni Bastion Teutonizmu, Wojciech Hergemon, 11.03.2018 r. o 11:48:36, tantiemy: 4 774.00 lt
Podróż w czasie: Łuski Smoka
Wstęp

Czasami zdarza się tak, że niespodziewanie znajduje się stare nośniki danych, które o dziwo działają. Tak też stało się dzisiaj, kiedy odkurzając kurze z biblioteczek w bawialni natrafiłem na pendriva pełnego zaskakujących plików. Wśród nich natrafiłem na „Łuski Smoka”, mój drugi po „Żywym Płomieniu” utwór literacki napisany w Księstwie – byłem przekonany, że przepadł już dawno w odmętach historii. „Żywy Płomień” zapewne jest znany bardziej dociekliwym czytelnikom, bo można go znaleźć w różnych miejscach internetu, jednak jako utwór pierwszy również przedstawiam go poniżej.

„Żywy Płomień” datowany jest na rok 2005, data dzienna się nie zachowała. „Łuski Smoka” oznaczone zostały natomiast datą 17 stycznia 2005 roku, zatem te mikroopowiadania mają już ponad 13 lat. Widać po nich jaki był wtedy pomysł na założone przeze mnie miasteczko – Zielnybor. Po latach nie jestem w stanie powiedzieć, czy bohater obu utworów to ta sama osoba, czy też zbieżność imion jest przypadkowa.

Utwory zamieszczam bez większych zmian, ograniczając się jedynie do poprawy stylistyki, tam gdzie ona ewidentnie kuleje. Czytelników proszę o wyrozumiałość i uwzględnienie ile lat temu to pisałem (gołym okiem widać, że zaczytywałem się wtedy w autorach w rodzaju Tolkiena i Sapkowskiego).



Żywy Płomień

Miłorad szczerze żałował swojej decyzji, jednak kiedy miesiąc temu do Zielnyboru przybył zagadkowy starzec i opowiedział im o niezliczonych skarbach, leżących w odległych górach, Miłorad niewierzący w ludowe legendy ostrzegające przed zapuszczaniem się w zielnyborski las, nie mogąc oprzeć się chęci zysku, wziął swój miecz i wyruszył w kierunku gór.

Obecnie bogatszy o doświadczenia z ostatnich miesięcy przeklinał dzień w którym wyruszył. O ile za dnia wędrówka była w miarę bezpieczna, to każdą noc leżał schowany w ciągłym napięciu. Wiele razy po przebudzeniu znajdował niezwykłe ślady, kilka razy widział nawet legendarny symbol żywego lasu - drzewca, który jednak z uwagi na swój ogrom nawet go nie zauważył. Za dnia często znajdował budynki zapomniane już od kilku tysięcy lat, zamieszkałe niegdyś przez legendarne elfy.

Tak było póki wędrował lasem, wydawało mu się wtedy, że gorzej już być nie może. Mylił się. To dopiero na bagnach zaczęło się prawdziwy piekło. Już za dnia przemykał pod osłoną cienia, a mimo to był parę razy atakowany przez żywe szkielety, zarówno ludzi jak i zwierząt, zdarzało się, że w nocy widział smoki przelatujące nad bagnami, zastanawiał się skąd brały się tam kości ludzi...

Odpowiedź uzyskał pewnego dnia, kiedy to natknął się na ogromną rozpadającą się świątynie. Nie wszedł jednak do niej. Bał się. Dobiegały z niej koszmarne dźwięki. Następnego dnia w nocy usłyszał jak ktoś za nim idzie, odwrócił się i ciął go z całej siły w głowę. Siła cięcia urwała mu głowę, a raczej coś co kiedyś nią było. Jednak to nie starczyło, aby zniechęcić napastnika, Kościej nadal wywijał mieczem. Miłorad ciął. Ciął z całej siły. Ciął po nogach. Bestia upadła a Miłorad uciekł.

W końcu zza zwalonych drzew wyłonił się las. Początkowo Miłorad się ucieszył jednak zdał sobie sprawę, że ten las nie wygląda normalnie. Był Mroczny. Był Straszny. Był żywy... Jeszcze można zawrócić, jeszcze można zawrócić pomyślał... Nie zawrócił. Wszedł w las. Wędrował za dnia, w nocy się chował. Jednego dnia zaatakował go potwór, wielki wąż, mający kilkanaście metrów. Miłorad uciekał. Potwór był szybszy. Miłorad zaatakował znienacka. Miał po prostu szczęście. Trafił w ślepia, a wąż skonał.

Podobnie było każdego dnia. Wreszcie zobaczył góry...... ......

Wspomnienia przerwał mu hałas. Jednak go znalazł, mimo tak dobrej kryjówki, jaką wyszukał Miłorad w górskich grotach. Poderwał się do biegu. Bestia była za nim. Żywy płomień. Miłorad biegł z całych sił. Płomień był szybszy. Był już tuż za nim. Czy śmierć boli? - pomyślał Miłorad. Nie bolała... Żywy płomień wrócił na miejsce spoczynku... Nikt go od tego czasu nie widział...

Szczątki Miłorada, wraz z zapiskami z podróży znaleziono w 1956 roku... Jeden z badaczy zapuścił się w góry... Nie wrócił...


Łuski Smoka

Było wczesny ranek, kiedy Miłorad wyruszał z Zielnyboru, mieszkańcy go szanowali, jednak nie miał przyjaciół. Nie miał domu. Żył z lasu. W tamtych czasach las zielnyborski był tak groźny i niebezpieczny, że tylko on zapuszczał się na jego teren, a nie zapuszczał się głęboko. Gdyby nie ten dzień... pomyślał wychodząc z osady. To była prawda. Gdyby nie pewne wydarzenie z dzieciństwa byłby całkiem normalnym zielnyborzaninem. Ale nie był. Tym razem mieszkańcy chcieli skóry, skóry węża, skóry trzydziestometrowego węża. Miłorad bynajmniej nie nazwałby takiej bestii wężem, nazwał by ją raczej nielotnym smokiem.

Wziął to co zawsze. Miecz i łuk. Nic więcej nie trzeba - mawiał. Las dostarczał wszystkiego. Tym co potrafili brać.

Spojrzał w gęstwinę lasu. Nie wahał się. Kiedyś się wahał, teraz już nie. Szedł ścieżką udeptaną przez zwierzynę. Promienie słońca prześwitywały delikatnie przez korony drzew. Jakiś zagubiony ptak śpiewał, wilki wyły w oddali, a ziemia drgała pod krokami jakiegoś ogromnego stworzenia. Całe szczęście, że nie dzieje się nic dziwnego - pomyślał. Kiedy słońce stało już w zenicie zatrzymał się i wyjął łuk. Celował długo i dokładnie, spuścił cięciwę, usłyszał wgniatającą się w ciało strzałę. Poczekał aż jaszczurka umrze, spojrzał zadowolony na czterometrowy łup, który powinien wystarczyć mu na tydzień. Kiedy już się posilił ruszył dalej, zaczynało się ściemniać, więc począł szukać jakieś kryjówki. Znał ten teren dobrze, wybrał się do starej ruiny elfów. Zasnął prędko.

Obudził się w środku nocy tknięty złym przeczuciem. Spojrzał na księżyc przez dziurę w tym co kiedyś nazywano dachem. Księżyc był czerwony. Noc upiorów. Usłyszał jakiś szmer. Wstał. Wziął łuk i miecz. Wyszedł przed ruinę. Zobaczył to. Dziesiątki czerwonych ślepi, tkwiących w czaszkach, stworów które kiedyś były elfami. Teraz były upiorami. Upiorami szukającymi ludzkiej krwi, dlatego tu przyszły. Nie zastanawiał się. Napiął łuk. Strzelił. Napiął znowu. Strzelił. Upiory były coraz bliżej. Chwycił miecz. Nie wahał się. Rzucił się przed siebie. Ciął od lewej do prawej. Usłyszał szczęk pękających kręgosłupów. Ciął znów. Czubkiem miecza. Zginęło dwóch. Rzucił się z impetem i wbił miecz przed siebie. Jego twarz obryzgała bordowa krew.

Wywinął młyńca, ciął czubkiem miecza, odwrócił się, ciął z góry, zrobił unik. Zakatował od dołu, zabił ostatniego. Spojrzał na leżące upiory, kiedy schylał się po złotą bransoletę pojawił się on - mroczny rycerz. Stanęli naprzeciwko siebie, Miłorad nie miał żadnych szans. Rycerz zaatakował. Miłorad uskoczył i zamarkował cięcie w głowę. Zmylił go. Ciął po nogach. Rycerz zachwiał się. Z trudem utrzymywał równowagę, po czym padł. Miłorad nie zastanawiał się. Biegł. Biegł tak prędko jak tylko mógł. Zatrzymał się, z trudem oddychał ze zmęczenia, obejrzał się - nikt go już nie gonił. Że też kurwa nie wziąłem jaszczurki - pomyślał. Wiedział gdzie się znajduje. Czuł to - niedaleko bagien. Położył się za kamieniem i zasnął.

Stał nad nim. Miłorad widział wiszący nad nim miecz. Chciał odskoczyć, ale nie mógł się ruszyć. Do..had..łem ....scię..ę.ę - wysapał mroczny rycerz. Widział opadający miecz. Nieeee. Miecz zbliżał się nieuchronnie, widział już zdobiące klingę runy. Stóóóój. Miecz był centymetr nad nim i ciągle opadał. Aaaaa. Obudził się.

***

Słońce ledwie przebijało przez korony drzew, było prawie zupełnie cicho. Słyszał jedynie szmer dobiegający z bagien. Wrócił do swojej wędrówki odbijając od bagien w kierunku lasu. Szedł wąwozem utworzonym przez jakiegoś olbrzymiego gada. Nie było powodów do obawy, wąwóz zarósł już mchem. Nagle ziemia zaczęła wibrować. Wtedy zobaczył. Wielkie drzewo rosnące obok wąwozu okazało się drzewcem. Padł na ziemie. Gdyby wierzył w boga to by się pomodlił. Ale nie wierzył. Liczył na szczęście. Słyszał ciężkie kroki. Zbliżające się kroki. Potężna stopa uderzyła w ziemię metr obok niego. Szczęście go nie zawiodło. Stwór poszedł dalej. Miłorad wstał, za siedem godzin będę w chatce poszukiwaczy - pomyślał.

Chatka poszukiwaczy - wybudowana przez ludzi, którzy szukali skarbu w tej okolicy i nigdy nie wrócili. Ale Miłorad był niezwykły - on zawsze wracał. Ruszył dalej, myślał za ile dni dopadnie gigantycznego węża, czy za dzień, tydzień czy nawet miesiąc. Wtedy usłyszał, odgłos którego nie usłyszał by zwykły człowiek. Odgłos skradającego się kota. Gigantycznego kota. Wyjął miecz. Odczekał kilka sekund. Znienacka obrócił się i ciął bestię po pysku, korzystając z uzyskanego zaskoczenia, wbił miecz w lewe ślepie, aż po rękojeść, kotem wstrząsnęły przedśmiertelne drgawki. Miłorad wyjął miecz i poszedł dalej.

Słońce kryło się już za wierzchołkami drzew, kiedy Miłorad dotarł do chatki. Wszedł do środka i zasnął. Gdyby Miłorad nie spał, tylko patrzył przez okno zobaczył by rzecz niezwykłą - za oknem rozpętała się zamieć śnieżna, która trwała aż do rana. Ale Miłorad spał więc nie mógł tego widzieć.

Kiedy rano wstał poczuł wyjątkowe zimno. Poszedł otworzyć drzwi. Coś je blokowało. Wyjrzał przez dziurę w ścianie i wtedy zrozumiał. Nieoczekiwany atak zimy, zdarzający się w lasach zielnyborskich parę razy w roku. Że też akurat dzisiaj - pomyślał. Był uwięziony. Nie miał jedzenia. Przeszukał dokładnie chatkę i znalazł siekierę. Wiedział, że hałas zwabi jakiegoś drapieżnika. Nie miał wyboru. Zaczął rąbać siekierą dach, po pół godziny wyszedł na szczyt domku. Rozejrzał się po okolicy - wszystko było pokryte kilkumetrową warstwą śniegu, ale nie to go niepokoiło. Wpatrywały się w niego zielone ślepia. Wielkie ślepia. Takie ślepia mógł mieć tylko smok. To był smok. Miłorad wiedział że nie ma szans, biegł przed siebie, ale smok był szybszy, był już tuż zanim, powalił go na ziemie i wtedy zdarzył się cud.

Miłorad obudził się cały obolały, co stało się poprzedniego dnia nie pamiętał. Pamiętał tylko, że gonił go smok. Co dziwne znalazł przy sobie zarówno miecz i łuk, ale co najdziwniejsze zabitego smoka, któremu ktoś wyrwał wszystkie zęby. Nie mogąc sobie przypomnieć co wydarzyło się poprzedniego dnia Miłorad ruszył w dalszą drogę. Po drodze upolował przerośniętego szczura, którego połowę zjadł, a resztę zostawił sobie na następny dzień. Pod wieczór znalazł świeży ślad. Wąż przechodził tam kilka godzin wcześniej. Jego drogę znaczyły przewalone drzewa, wyrwane razem z korzeniami. Miłorad nie tracił czasu, biegł śladem węża, licząc na to, że nic nie przerwie mu pościgu.

Słońce chowało się już za czubkami najwyższych sekwoi, ale Miłorad nie przerywał pościgu, biegł teraz ostrożniej, wsłuchiwał się w każdy dźwięk, jednak nie przerwał pościgu. Biegł po pokrytym śniegiem wąwozie, aż księżyc zawisł nad lasem. Miłorad usłyszał wycie, lecz nie było to pojedyncze wycie zwykłego wilka, tak wyło tylko stado ogromnych wilków zielnyborskich. Wiedział, że go wyczuły. Wiedział, że go dopadną. Wiedział, że wbiegną za nim na drzewo. Musiał działać błyskawicznie. Wyjął miecz i oczekiwał na zbliżające się stado. Wilki stanęło dookoła Miłorada, a dwa najsilniejsze zakatowały. Cięcie, zgrzyt kości, zamach, cięcie, zgrzyt przetrąconego kręgosłupa. Wiedział, że zaatakują teraz wszystkie jednocześnie. Kiedy zakatowały, zrobił obrót dookoła siebie, kalecząc je czubkiem miecza. Wilki uciekły. Spojrzał pod nogi. Zobaczył cień lecącego na niego, od tyłu wilka. Nie miał szans na obronę. Wtedy zdarzył się drugi cud. Miłorad obrócił się - wilk leżał przebity strzałą...

Skąd wzięła się strzała? - to pytanie gnębiło Miłorada, lasy zielnyborskie zaskakiwały go codziennie. Nie miał czasu na refleksje, ruszył tropem olbrzymiego węża. Biegł cały dzień, po drodze walczył z paroma upiorami, jednak szybko sobie z nimi poradził. Słońce stawało się coraz czerwieńsze i coraz mniej widoczne, kiedy Miłorad dogonił węza.

***

Cztery runy na elfim mieczu Miłorada. Res - Ziemia, Aent - Powietrze, Vicentia - Woda, Fenixe - Ogień. Miecz, który znalazł bardzo dawno temu. Miecz, który zawsze wybawiał go z opresji. Spojrzał na lśniące ostrze. Przypomniał sobie wszystkie walki, jakie kiedykolwiek stoczył...

Spojrzał w żółte, krwiste oczy wilkołaka, wyjął miecz, zaatakował...

Drzewiec, był co raz bliżej, Miłorad chwycił Miecz i zaatakował...

Wampir patrzył na niego, swoimi, ślepiami, Miłorad złapał miecz i zaatakował...

Ogromna Pantera, skoczyła znienacka, zdążył jednak wyjąć miecz...

Horda Kościejów, pędziła na Miłorada trzymającego miecz...

Ogromna żaba, pędziła wprost na jego uniesiony miecz...

Skradał się, bał się, że go przedwcześnie usłyszy. Podchodziło z zawietrznej, nie mógł go usłyszeć. Był coraz bliżej, wyjął miecz...

Wilkołak leżał skąpany w posoce...

Drzewiec, leżał przecięty na pół...

Z Wampira została tylko kupka popiołu...

Pantera patrzyła na niego martwymi oczami...

Zostały po nich tylko rozrzucone kości...

Z gigantycznej, martwej już traszki ciekł śluz...

Skoczył. Celował w oko. Nie trafił, miecz odbił się od twardej czaszki węża. Wąż był szybki, ale Miłorad zdążył odskoczyć. Zakatował ponownie, znów chybił. Miłorad skoczył z mieczem wysuniętym do przodu wbijając, go w ślepia gada. Obryzgała go czarna posoka, a bestia zmarła wstrząsana drgawkami.

Miłorad sprawnymi ruchami, zdarł z martwego węża łuskowatą skórę, zapakował ja do worka i ruszył w drogę powrotną.

***

Wyruszył jeszcze zanim ptaki zaczęły poranne trele, wracał wąwozem wyrytym przez bestię którą zabił. Kiedy słońce już wyszło w pełni, zrobiło się tak ciepło, że śnieg zaczął topnieć. Śnieg miał jedną zaletę. Było widać na nim ślady. Miłorad zobaczył ludzkie ślady. To nie były jego ślady, to były bose ślady najprawdopodobniej jakieś kobiety. Miłorad nie wahał się, ruszył jej tropem.

Po drodze stoczył walkę z wygłodniałą pumą, co nie było jednak trudne, gdyż była niewielka i młoda, korzystając z łupu posilił się i ruszył w dalszą drogę.

Po dwóch dniach drogi zobaczył ją. Wiedział już z skąd wzięła się strzała. Zobaczył JĄ...


Posłowie

W tym miejscu – cóż za niespodzianka – oryginalne opowiadanie urywa się, a dalszy ciąg nigdy nie powstał. Typowe dla mojej wirtualnej twórczości jest porzucane utworów w połowie, publikowanie kawałków, niepublikowanie w ogóle, czy też niczym Lem w „Fiasku” tworzenie
hybryd, których strony oddzielone są kilkoma latami leżenia na dysku.
Dotacje
Ten artykuł dotowali: Tomasz Ivo Hugo.
Serduszka
Nie jesteś zalogowany i nie dodasz serduszka
Komentarze
Lubią ten komentarz: Wojciech Hergemon.
Remigiusz Lwowski von Hochenhaüser, 15.03.2018 r. o 08:53:17
No to mamy teutońskie "Dziady" - anachroniczny (chyba) układ części, bohater, który nie wiadomo czy jest tą samą osobą, czy nie, no i rękopis wydany po latach urywający się w punkcie kulminacyjnym. Jeszcze trzeba tylko dopisać dwie części, wariacko je ponumerować i będzie git :D
Quote:
Wtedy usłyszał, odgłos którego nie usłyszał by zwykły człowiek. Odgłos skradającego się kota. Gigantycznego kota.
Tutaj śmiechłem...
Quote:
Horda Kościejów, pędziła na Miłorada trzymającego miecz...
...i tu też :D
odpowiedz
Ten komentarz czeka na serca.
Susanne Delfina Kierkeller, 15.03.2018 r. o 17:24:47
Dziady Dziadami, ja bym upatrywała inspiracji bardziej we wspomnianym Sapkowskim i może cyklu o Kane'ie Wagnera, jako że jucha leje się równo z mnogich, różnorodnych, acz krwiożerczych przeciwników! Bez wątpienia literatura akcji...
A co do urywania w połowie tekstów - to jedno z moich ulubionych zajęć, zwłaszcza, kiedy początek wydaje się wspaniały. :)
odpowiedz
Dodaj komentarz

Nie jesteś zalogowany