5626. dzień niepodległości Księstwa Sarmacji
1432. dzień panowania księcia Tomasza Ivo Hugona
Trybuna Diuków, Remigiusz Vladimirowicz Lwowski von Hochenhaüser, 09.10.2017 r. o 12:34:16, tantiemy: 7 827.00 lt
Poczet tropicańskich piratów - Czerwony Korsarz
04MVD1un.gif

Po śmierci Złotobrodego nie znalazł się godny następca, więc Tropicana znów została podzielona między miejscowych kacyków. Sola była kontrolowana przez grupę kupców, pochodzących w dużej mierze od rodów imigrantów z Gellonii. Aby sformalizować swą władzę nad miastem w 1664 r. utworzyli Gildię, zrzeszającą najbogatsze rodziny patrycjuszy. Sześć lat później wpływy Gildii tak się poszerzyły, że wyłoniła ze swego grona El Presidente, obwołując go władcą całej Tropicany. Pierwszym piastującym ten urząd został Sancho Juniorez.

Juniorez jest na Tropicanie uważany za Ojca Założyciela, toteż źle przyjmuje się wszelką wymierzoną w niego krytykę. Następcy Sancha ugruntowali przez wieki wizję Junioreza jako władcy idealnego i pieczołowicie niszczyli wszelkie zaprzeczające temu źródła. Jednak ostatnie odkrycia tropicańskich historyków rzucają nowe światło na tę sprawę. Według ujawnionej przez Zakon Feniksa, zachowanej w jego archiwum korespondencji między kancelarią księcia Gellonii, a jej rezydentem w Soli, 17-letni Juniorez został wybrany przez kupców jako wygodna marionetka, akceptowalna dla wszystkich rodów patrycjuszy. Zaraz po wyborach El Presidente (a właściwie rządząca w praktyce Gildia) zgłosił się do gellońskiego rezydenta, Andrzeja Krezowskiego, z prośbą o wsparcie Gellonii w zreformowaniu Tropicany. Księstwo obiecało dostarczyć technologię, doradców oraz wysokie pożyczki, ale nie za darmo. Oprócz wielu przywilejów handlowych oraz sojuszu militarnego, Krezowski uzyskał obietnicę wyplewienia od dawna doskwierającej kontynentalnym kupcom plagi piractwa.

Gildia nie posiadała własnego wojska, zgodziła się więc na “wynajęcie” sił gellońskich, które wylądowały na wyspie. W ten sposób faktycznym władcą Tropicany stał się Krezowski, który zdołał w dodatku zyskać przyjaźń Junioreza i miał ogromny wpływ na młodego El Presidente. Wspierani przez Gellonów kupcy ostro wzięli się za piratów, całkowicie zaskakując tych łupieżców, którzy mieli swe bazy na północnym i zachodnim wybrzeżu. Zaatakowani piraci nie zdążyli połączyć swych sił, a w dodatku nie byli przyzwyczajeni do walki na lądzie, więc ginęli jeden po drugim.

Walki trwały jednak na tyle długo, że morscy rozbójnicy ze wschodniego i południowego wybrzeża zyskali cenny czas na przygotowania. Rejony te, mimo że położone z dala od głównych szlaków handlowych, były gęsto zasiedlone przez piratów, ze względu na dużą liczbę naturalnych portów, jakie się tam znajdują. W jednym z nich, Starej Przystani, zebrali się najpotężniejsi kapitanowie, by zjednoczyć się w walce przeciwko Juniorezowi i Gellonom. Przebieg zebrania znamy dzięki niedawno odkrytemu w tej miejscowości archiwum kapitańskiemu. 20 grudnia 1675 roku zgromadzeni powołali do życia piracką republikę, w opozycji do tej kupieckiej, utworzonej w Soli. Na stolicę państwa wyznaczono Starą Przystań. Władzę miała sprawować rada piętnastu kapitanów, obierająca spośród siebie Caudillo, czyli wodza, posiadającego nieograniczoną władzę dyktatorską.

Pierwszym Caudillo został gospodarz zebrania, Juan De Oro Pulido. Niewiele wiadomo o jego działalności przed wybraniem go na dyktatora. Już wtedy był nazywany “Czerwonym”, prawdopodobnie ze względu na to, że odziedziczył kolor skóry od pochodzącej z ludu tubylców matki. Jego ród uważał się za “piracką szlachtę” i od lat żelazną ręką dzierżył Starą Przystań. W 1675 roku De Oro Pulido miał dwadzieścia cztery lata, ale posiadał już własny okręt. Fakt, że w tak trudnej sytuacji to jemu powierzono naczelne dowództwo świadczy o tym, że mimo młodego wieku musiał posiadać wielką renomę wśród piratów. Mógł ją zdobyć tylko dzięki śmiałym czynom, nadzwyczajnym umiejętnościom żeglarskim i wojennym, a także, niestety, okrucieństwu.

Zaraz po wyborze, nowy Caudillo podjął pierwsze decyzje i z ogromną energią podjął się ich realizacji. Trwała zima, okres, w którym żegluga była niemożliwa. Czerwony wykorzystał ten czas na naprawę okrętów, produkcję prochu, broni, szkolenie podwładnych. Zawiązał przymierza z kilkoma tubylczymi plemionami. Ufortyfikował najważniejsze porty.

Tymczasem kupcy nie spieszyli się z atakiem. Od Starej Przystani dzieliła ich nieprzebyta dżungla, więc walka musiała rozstrzygnąć się na morzu. Wyprawa ruszyła więc dopiero w maju 1676 roku. Piraci mieli jednak wystarczająco dużo czasu na przygotowania. W bitwie pod Purpurowym Wichrem rozbili flotę Gildii, posyłając na dno całą armię desantową, jaką wsparła kupców Gellonia. Czerwony nie poprzestał jednak na tym sukcesie. Napadł na ogołoconą z wojska, bezbronną Solę, niszcząc ją doszczętnie. Juniorez i Krezowski zdołali cudem zbiec, ale zginęła większość przywódców Gildii. To skłoniło obie strony do zawarcia pokoju, a raczej rozejmu. Podzielono Tropicanę na republikę Junioreza (północne i zachodnie wybrzeże) i piracką (wybrzeża południowe i wschodnie). Porośnięty dżunglą środek wyspy pozostał oczywiście terra incognita.

Wszyscy byli jednak przekonani, że układ ten nie przetrwa długo. Jednak plany rewanżu jakie snuł Krezowski pokrzyżował najazd Trzyczaszkowa na Gellonię. Księstwo nie mogło prowadzić dalej swej imperialnej gry na Tropicanie, gdyż zagrożone zostało jego rdzenne terytorium. Czerwony natychmiast wykorzystał okazję. W zamian za zatopione pod Purpurowym Wichrem statki zaoferował Gellonii swe okręty i szybko uzyskał od jej księcia list korsarski. Było to oczywiście wielkim ciosem dla Krezowskiego, który z czasem zaczął tracić na znaczeniu, aż wreszcie Juniorez całkowicie wyzwolił się spod jego wpływu i zaczął rządzić samodzielnie.

Tymczasem dotkliwie splądrowane przez Tropicańczyków Trzyczaszkowo postanowiło otworzyć przed nimi swój skarbiec. Nie namyślając się długo Czerwony zmienił stronę konfliktu. Pozbawiona floty Gellonia musiała skapitulować, a wciąż nienasyceni podbojami następcy Borysa Bękarta zwrócili swe krwawe oczy ku odleglejszym krainom - Mirii i niedawno powstałej Teutonii. Chcieli zrewanżować się za wojnę 1663 - 65. Do tak dalekich wypraw potrzeba było floty. Władca Trzech Czaszek nie szczędził więc złota i materiałów na nowe okręty, byleby utrzymać Tropicańczyków przy sobie. Zielone żagle zaczęły pojawiać się nad brzegami Teutonii i szybko stały się postrachem jej mieszkańców, którzy przypomnieli sobie czasy Złotobrodego. Najstraszliwszym ze wszystkich łupieżców był ich Caudillo, którego zaczęto zwać Korsarzem nad Korsarzami. Z czasem oba przydomki połączyły się tworząc jeden - Czerwony Korsarz.

Artykuł ten nie pomieści opisu wszystkich jego śmiałych i okrutnych czynów. Wielu teutońskich możnowładców zawisło na wantach jego okrętu - “La Muerte”. Zginął tak także następca tronu Mirii. W 1686 roku Czerwony Korsarz odważył się ostrzelać Srebrny Róg. To przebrało miarę. Specjalnym edyktem cesarz Teutonii, Hergolien Wielki nakazał budowę floty wojennej zdolnej przeciwstawić się tropicańskim piratom. W ciągu dwóch lat marynarka oparta głównie na przestarzałych galeonach wyposażyła się w trzydzieści nowoczesnych fregat. Nad tą potężną siłą objął komendę markiz Arkenbold Markiniusz, doświadczony żeglarz, służący dotąd baridaskim Gildiom. Szybko okazał się on przeciwnikiem godnym Czerwonego Korsarza.

Mimo początkowych niepowodzeń w starciach okrętów jeden na jeden, Markiniusz szybko odniósł sukces, niemalże bez walki odpierając inwazję Trzyczaszkowa. Na widok dwudziestu fregat, pięć tropicańskich rajdowców umknęło, pozostawiając ciężkie transportowce na łasce i niełasce wroga. Wściekły książę Trzyczaszkowa podjął przygotowania do wyprawy na Tropicanę by ukarać pirackie tchórzostwo, ale atak Czerwonego Korsarza na jego wybrzeże szybko wybił mu to z głowy.

W końcu wspólny wróg pogodził obie strony i w 1689 roku powstała atyteutońska koalicja Trzyczaszkowa, piratów, Gellonii i republiki Junioreza (dwaj ostatni członkowie zostali zmuszeni do poparcia koalicji przez Trzyczaszkowo). W odpowiedzi cesarstwo zawarło sojusz z Mirią. Doszło do kilku wstępnych potyczek na lądzie w Mirii, ale wojnę rozstrzygnęło starcie morskie, w którym flota koalicji, dzięki świetnemu dowodzeniu Czerwonego Korsarza powstrzymała i rozgromiła zdążającą na pomoc sojusznikom armadę teutońską. Skompromitowany tą porażką Markiniusz złożył dymisję i popełnił samobójstwo. Pozbawiona większości okrętów Teutonia zdecydowała się na negocjacje. W 1691 roku zawarto pokój w Ferze. W imieniu Tropicany układ podpisał Czerwony Korsarz, Junioreza odsunięto od rokowań.
Pn2igTeF.jpg

Pirat powrócił na wyspę otoczony chwałą pogromcy Teutonów. Niestety jak raportował do Trzyczaszkowa ambasador tego kraju przy pirackim rządzie:
Quote:
Gdy tylko Jego Ekscelencja zszedł na ląd, nagle ciemność przedwczesna ogarnęła nas. Ludzie przerazili się bardzo, bo mimo wczesnej pory, jakoby noc zstąpiła na ziemię. Suponuję, iże było to zaćmienie słońca, aleć oto możesz Wasza Książęca Mość zapytać astronomów nadwornych. Jego Ekscelencja nie okazał żadnego strachu i jął też innych uspokajać. Wtem rozległ się strzał, zakotłowało się. Gdy wreszcie znów światło przebiło ciemności, ujrzeliśmy, że Jego Ekscelencja jest martwy.

Do dziś nie wiadomo kto zabił Czerwonego Korsarza. Współcześni mu podejrzewali o to Teutonię, chcącą się zemścić za klęskę w wojnie. Inni wskazywali na Junioreza, urażonego odsunięciem go od negocjacji pokojowych.
***

Czerwony Korsarz był nie tylko znakomitym wodzem, politykiem i piratem, ale także odkrywcą. Jeszcze w 1674 roku, uciekając przed siepaczami Junioreza, wsławił się przekroczeniem tropicańskiej dżungli i wyjściem z niej żywym oraz w pełni zmysłów, co udało się w historii kilku zaledwie ludziom. Później, podczas gdy lokalne imperia jak Trzyczaszkowo czy Teutonia skupiały się na walce między sobą, on obejmował w posiadanie zamorskie krainy, tworząc na ich terenie pirackie faktorie. Osiedlali się w nich czasowo (a w końcu także na stałe) Tropcańczycy, łowiąc niewolników i zdobywając orientalne towary, które potem sprzedawali na rynkach w Soli, Ferze czy Srebrnym Rogu z wielkim zyskiem dla siebie i Tropicany. Prawdopodobnie takimi właśnie pirackimi “koloniami” były tereny La Palmy i Ciudad de Bravo, o czym świadczą wspólny z Tropicaną język, kultura i ustrój polityczny.


Genialny wódz czy okrutny łupieżca? Reformator czy lokalny watażka? Odkrywca czy zwykły łowca niewolników? Czerwony Korsarz nie jest jednoznaczną postacią i każdy Czytelnik musi sobie sam odpowiedzieć na powyższe pytania. Jak to czyniono po jego śmierci na Tropicanie? O tym w następnym odcinku.

Artykuł ten został opracowany w ramach pracy El Tropicano Instituto de la Memoria. Bardzo dziękuję Teutońskiemu Instytutowi Historycznemu w osobie JO Gotfryda Slavika de Ruth za pomoc w tworzeniu artykułu. Wszelkie sprzeczności z historiografią teutońską jakie wkradły się do tekstu są zawinione przez autora lub spowodowane różnicą przekazu źródeł tropicańskich.
Dotacje
Serduszka
Nie jesteś zalogowany i nie dodasz serduszka
Komentarze
Gotfryd Slavik de Ruth, 09.10.2017 r. o 15:11:51
Zawsze z miła chęcią wspieram prace historyczne. Kolejna ciekawa i dobrze napisany tekst o postrachu mórz i oceanów :)
Paviel Gustolúpulo, 09.10.2017 r. o 20:22:46
Oby tak dalej! Z chęcią przyłącze się do następnych publikacji.
odpowiedz
Eradl Adrien Marcus Pius da Firenza, 11.10.2017 r. o 21:47:23
hej ho na umrzyka skrzyni i butelka rumu.
odpowiedz
Ten komentarz czeka na serca.
Roland Heach-Romański, 12.10.2017 r. o 17:37:50
Obok Almerskiej Hanzy to kolejna kultura z czaszką na banderze. Jakieś nawiązania, przewiązania, powiązania są przewidywane?
odpowiedz
Ten komentarz czeka na serca.
@ZdrajcaNarodu W przyszłości pewnie tak. Na razie moje prace mają bardziej charakter szkicu historii Tropicany, później (jeśli będzie jakieś później), ten szkic zacznie rozszerzać się "na boki", że tak powiem, i wtedy będzie można zbadać powiązania piratów z Almerską Hanzą. Na razie pojawiła się w powyższym artykule wzmianka, że markiz Markiniusz służył "baridaskim Gildiom", a więc zapewne chodziło o Hanzę :)
odpowiedz
Adam Jerzy Piastowski, 12.10.2017 r. o 20:27:24
Całkiem przyjemnie się czyta, gratuluję dobrego pomysłu i dałbym sobie rękę uciąć, że Czerwonego Korsarza zadźgali jak zawsze żądni krwi Teutończycy!
odpowiedz
Dodaj komentarz

Nie jesteś zalogowany