5597. dzień niepodległości Księstwa Sarmacji
1403. dzień panowania księcia Tomasza Ivo Hugona
Park Stołeczny, Jahn Dagobard ik Thórn-Mákovski, 22.08.2017 r. o 02:08:17, tantiemy: 3 500.00 lt
Naszurana twórczość - „Klubowicz”
„Klubowicz”

Pizda szlachetna Twe oczy kole.
Czujesz się wielki na tym padole.
Lecz cóż żeś zrobił w trakcie żywota?
Gdzie w Tobie honor, wiara i cnota?
Gdzie wymarzone pokłady dostatku?
Gdzie ta idylla mój drogi bratku?
Gdzie są do kurwy Twoje ambicje?!
Są tylko dragi, zgony i cyce!
Jakby nic więcej tu nie istniało.
Jakby nic więcej Ci się nie chciało.
Miała być siła, upór, determinacja.
Została słabość, egoizm, libacja.
Cele rozlazły się po melinach.
Najlepszych klubach jak to je nazywasz,
Lecz dla mnie to źródło zatrutej wody,
Gdzie nieostrożni padają jak kłody.
Organy po stokroć szajsem przeżarte.
Nozdrza lajnami, aż do krwi starte.
Raz są na wozie, a raz kończą w dupie.
Wszak to normalne w tak skurwiałej grupie.
Gdzie każdy bierze, co mu się podoba.
Nie patrzy na skutki, bo mu nie szkoda
Kondycji, zdrowia lub psychy starganej.
Rodziny, znajomych, na których ma wylane.
Przeszłości, przyszłości i dnia dzisiejszego.
Wszak carpe diem to w końcu nic złego.
Tak, bo żyć chwilą można do woli,
Ale prędzej, czy później ta chwila spierdoli
I wtedy życie pokaże pazury,
A wierz mi, że ono walnie z grubej rury.
Poranny budzik stanie się koszmarem.
Ten kto Ci bliski będzie ciężarem.
Więzi, relacje ulegną destrukcji,
A Ty po jedzeniu dostaniesz obstrukcji.
Skutki dostrzeżesz, a wnioski? Wylane!
Bo przecież za balet zawsze zgarniesz karę,
Lecz to nie kac Cię tak napiętnuje.
On się z człowiekiem tak nie patyczkuje.
To się nazywa zespół klubowicza,
Którego końcem może być więzienna prycza.
Albo odchyły, schizy i chora.
To tak jakby w umyśle siedziała zmora.
Możesz też skończyć z mordą w asfalcie
Kiedy hulanki przemienią się w starcie.
Twoja kondycha dragami zniszczona
Sprawi, że dryblas Cię łatwo pokona.
Choćbyś do mefy miał tysiąc źródeł.
Choćbyś pigułek miał tysiąc pudeł.
Nic Ci to nie da łajzo przećpana,
Bo po tych świństwach gną się kolana.
Szczęka obrotów robi miliony,
A w uszach nuty zmieniają się w dzwony.
Tak, czy inaczej Twój koniec jest bliski,
Bo zamiast ludzi Ty kochasz whiskey,
Barwione driny, kreski, gibony
Wszystko, co sprawia, że jesteś wystrzelony.
Twoim marzeniem jest melanż do rana
I młoda lolita w aucie ruchana.
Mnie zaś nie bawi sranie pod siebie.
Wolę stać twardo na życiowej glebie.
Balet też lubię, ale bez przesady.
Wóda, browary - mam swoje wady,
Lecz nigdy na miękkiej nie brałem parkietu
Bo to jest domeną totalnych cepów.
Debili, idiotów, życiowych partaczy,
Którzy się mają za wielkich graczy
A potem lipa, granda, kaplica.
Gówno dostaną w prezencie od życia.
Kształtne, rzeźbione ich własnymi rękoma.
Dziś w to nie wierzą, lecz czas ich przekona,
Że klubowicza żywot jest krótki.
Każde kurewstwo ma fatalne skutki.
Dotacje
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
Nie jesteś zalogowany i nie dodasz serduszka
Komentarze
Dodaj komentarz

Nie jesteś zalogowany